W Range Roverze można się zakochać – jak w przygodach Jamesa Bonda

Tekst został zdeponowany w Repozytorium Cyfrowym CEON, gdzie można zapoznać się z jego pełną wersją. Bardzo proszę w razie cytowania lub odwoływania się do jego treści o podawanie poniższego linku. Dziękuję: https://depot.ceon.pl/handle/123456789/16229

O swojej sztuce opowiada
Maciej Stępiński

drive-289x87
JG: W Range Roverze można się zakochać – jak w przygodach Jamesa Bonda. O ile dobrze pamiętam, taką terenówką w jednym z filmów jeździł Daniel Craig, odtwórca głównej roli. Wydaje mi się, że ten samochód został także doceniony jako dzieło sztuki i znalazł się w paryskim Luwrze? To właśnie Range Rover stał się jednym z elementów Pańskiego performansu Drive. Rendez-vous à Poznań – prequel ?

MS: Projekt składał się z dwóch wystaw, jednej w Poznaniu i drugiej w Warszawie.

Tytuł wystawy w Galerii Miejskiej Arsenał Rendez-vous à Poznań nawiązywał do filmu dokumentującego partyzancką akcję Claude’a Lelouche’a, który w latach 70-tych przejechał „na pełnym gazie” centrum Paryża, nie zatrzymując się ani razu, ignorując znaki i czerwone światła na skrzyżowaniach.

Drive Rendez-vous à Poznań – prequel w CSW to druga wystawa, przedstawiająca to wszystko, co zdarzyło się wcześniej, genezę mojej motoryzacyjnej obsesji. Na obydwu wystawach obecny był model Range Rovera, ale o tym później. Wybór auta nie był przypadkowy. Fakt pokazania tego modelu w Luwrze jako dzieła sztuki, ponad 30 lat temu, był dla mnie jednym z powodów kupienia tego właśnie samochodu. Potem drugiego – starszego modelu. A to, że królowa brytyjska i kilku Bondów jeździ Land Roverami, to już mało istotny, choć trochę snobistyczny dodatek. Range Rover Classic to przede wszystkim piękny, komfortowy samochód terenowy, który w bardzo wykwintny sposób porusza się zarówno w najtrudniejszym terenie, jak i na autostradzie! I jest bardzo chimeryczny i paliwożerny. Mówimy tutaj oczywiście o silnikach V8 w benzynie, gdyż tylko takie jednostki godne są tego auta.

Wraz z kuratorem wystawy – Stachem Szabłowskim – pokonywaliście Panowie trasę między Warszawą a Poznaniem, jadąc na przełaj?

Początkowo rzeczywiście moim pilotem miał był kurator projektu. Jednak ostatecznie, z różnych przyczyn niezależnych do Poznania, pojechałem z Maćkiem Ciochem, moim przyjacielem, także fotografem i fanem motoryzacji. Jest doskonałym pilotem, a ponad czterodniowa wyprawa po wyznaczonej prostej była poważnym wyzwaniem. Najtrudniejsze przeszkody były zbudowane oczywiście przez człowieka, zaś najwięcej swobody i przyjemności mieliśmy, jadąc przez las. Ponieważ założeniem było nie niszczenie upraw, prywatnych posesji ani przyrody, musieliśmy kluczyć w granicach wyznaczonej linii, korzystając z programu do nawigacji Ozi Explorer i dwóch GPS-ów. Auto przygotowane przez warsztat Landlovers przejechało trasę bezawaryjnie. Z Poznania projekt koordynowała Karolina Sikorska. Range Roverem wjechaliśmy bezpośrednio do Galerii Miejskiej Arsenał, gdzie stało jako eksponat przez miesiąc.
Ze Stachem Szabłowskim natomiast wróciłem z Poznania, bezpośrednio na kontynuację projektu, czyli wystawę Drive w CSW Zamku Ujazdowskim. Wracaliśmy tym razem już nie na wprost, ale … autostradą A2.
indeks
Tak sobie myślę, że podróż ta musiała przypominać trochę pościgi Bonda. Ta nuta szaleństwa czy nawet niebezpieczeństwa, zwłaszcza na naszych, ciągle remontowanych, drogach, policja, fotoradary… Byliście Panowie podczas realizacji tego projektu czymś wyjątkowo „wstrząśnięci, lecz nie zmieszani”?

Jadąc do Poznania, na przełaj, nie jechaliśmy szybko, nie ścigaliśmy się z nikim i nikt nas nie gonił. To był wyjazd, który zakładał dotarcie z punktu A do punktu B na bardzo określonych zasadach. To był projekt koncepcyjny, utopijny z założenia, bo od początku skazany w pewnym stopniu na niepowodzenie. Wyznaczona linia prosta była symboliczna, a bezterytorialny charakter tego działania performatywnego, którego właściwie nikt nie widział, zakładał przede wszystkim samo przeżycie podróży, jako cel sam w sobie. To artysta wyznacza i określa, co jest dziełem sztuki, a co nie. Artysta nadaje przedmiotom ich funkcje, umieszczając je w galerii. Od czasów Duchampa jest to zabieg oczywisty. A fakt, że nie robiłem zdjęć podczas przejazdu był również zamierzony.
Startując z Warszawy, braliśmy pod uwagę, ze może nam się to nie udać. Dlatego też o ewentualną pomoc w trasie poprosiłem polskie środowisko off-roadowe. Jednak informacja o moim projekcie, która pojawiła się na jednym z forum, wywołała spore wzburzenie i spotkała się raczej krytyką i niezrozumieniem. Poza kilkoma sympatycznymi przypadkami wsparcia ze strony forowiczów, większość atakowała dość agresywnie założenia mojego projektu. Najwięcej wątpliwości i brak zrozumienia powodował fakt, że jestem artystą. Dyskusja licząca blisko 30 stron i ponad 2700 odsłon tego wątku trwa nadal. To niewątpliwie można uznać za sukces tego projektu. W rezultacie udało mi się zaangażować w żarliwą dyskusję przeplataną gdzieniegdzie głębszymi refleksjami filozoficznymi z ludźmi niezwiązanymi na co dzień z obiegiem sztuki. Karolina Sikorska, która śledziła wątki na forach, napisała ciekawą analizę społecznego wymiaru tego fenomenu, a niektóre cytaty forowiczów pojawiły się także na plakacie i w folderze / mapie z wystawy doskonale graficznie zaprojektowanych przez Krzysztofa Ignasiaka.
W trasie najbardziej obawialiśmy się służb drogowych lub leśnych, ale nikogo na drodze nie spotkaliśmy, co bardzo nas zaskoczyło. Rolnicy i przypadkowo spotkani ludzie, grzybiarze, robotnicy budujący autostradę albo udawali że nas nie widzą, albo po prostu śledzili za nami wzrokiem. Po drogach asfaltowych jechaliśmy sporadycznie, zwykle przecinając je w poprzek, podobnie jak autostradę A1 w budowie czy A2 pod Poznaniem. Noclegi na dziko, w lesie, jedzenie przy ognisku, mycie się w jeziorze … Kłopoty zaczęły się w kopalni odkrywkowej węgla brunatnego, drugiej na naszej trasie. Pierwsze wykopaliska w Policach udało nam się przejechać bezawaryjnie, tuż przed zmrokiem. Jednak w Koninie, w poprzek naszej trasy stanął wielokilometrowy taśmociąg, a na horyzoncie samochód służb górniczych (Land Rover zresztą J) oraz ekipa prezesów lokalnego klubu off-roadowego, którzy skutecznie odradzili nam przejazd na przełaj przez kopalnie. Gdybyśmy zdecydowali się na przejazd, zatrzymalibyśmy pracę taśmociągów, generalnie całej kopalni, w konsekwencji bylibyśmy aresztowani i nie zdążylibyśmy na wernisaż. To było jedyne miejsce, poza jeziorem, które skutecznie ogrodzone było siedliskami ludzkimi, gdzie musieliśmy lekko zboczyć z linii prostej.
W powrotnej drodze do Warszawy, autostradą A2 nic ciekawego się wydarzyło, auto stworzone i przygotowane do jazdy w terenie pokornie toczyło się po asfalcie, a ja przysypiałem z nudów za kierownicą.

Czytaj dalej na stronach Repozytorium CEON