„Tęsknota, nostalgia za krajem jest rodzajem potencjału, który można wykorzystać do tego, żeby coś stworzyć”.

O Polskich Dniach Filmowych we Fredrikstad oraz emigracji 
opowiada Magdalena Tutka-Gwóźdź 

Otwarcie serii “Jazz dla Fredrikstad” w kwietniu 2016. Na zdjęciu od lewej Rodrigo Villagra, Grzegorz Bąk, Magdalena Tutka – Gwóźdź, Michał Peiker i Martin Wister, fot. Tamara Wiecheć.

Madziu, zdradź nam proszę, jak długo mieszkasz na emigracji?
Po raz pierwszy doświadczyłam tego, czym jest emigracja po maturze, gdy przeprowadziłam się na studia do Krakowa. W Zamościu spędziłam całe swoje dzieciństwo, w Krakowie – nie miałam nikogo. Jak patrzę wstecz, myślę że właśnie wtedy zamieszkałam na emigracji. Wylądowałam w zupełnie obcym środowisku, mogłam liczyć tylko na siebie. Tam dopiero odkrywałam z mozołem własny potencjał, próbując odnaleźć się w nowym kontekście. Tak. Wtedy patrzyłam na to nowe miasto, w taki właśnie sposób – jak na emigrację. Kraków stał się dla mnie zbiorem wszelkich niepokojów i radości, zbiorem inspiracji i nadziei, że moje życie może zmienić się na lepsze. Szybko odkryłam, że emigracja jest dla mnie procesem i to procesem fascynującym. Dlaczego fascynującym? Dlatego, że otwiera niesamowite możliwości przemiany wewnętrznej. Jeżeli się na to zgodzimy. Jeżeli to ryzyko podejmiemy. Jeżeli będziemy mieli odwagę, żeby skonfrontować się z tym, kim byliśmy i z tym, kim stajemy się w nowych okolicznościach. Jest to rodzaj wewnętrznego dialogu między dawnym sobą a tym, kim może dopiero się stajesz. Jest to rodzaj tranzytu. I tylko od ciebie zależy, jak ten moment tranzytu, przejścia między twoimi dwoma wcieleniami, wykorzystasz. Z Krakowa nie chciałam uciekać. Było mi tam dobrze. Nie myślałam w ogóle o wyjeździe z kraju. Ale poznałam pewnego, bardzo intrygującego młodego mężczyznę, który interesował się Norwegią, Skandynawią. Sam nauczył się języka. Bardzo zaciekawił mnie opowieścią…. o Norwegii właśnie. I właściwie do Norwegii pojechałam razem z Tomkiem w 2009 roku, początkowo tylko na wakacje. Ale było mi tam tak dobrze, że zostałam do dziś.

A więc idea wyjazdu do Norwegii pojawiła się z miłości?
Eee…(przeciąga Magda, uśmiechając się do siebie) z… ciekawości.

Z miłości, Madziu oj, z miłości chyba (teraz śmiejemy się już razem).
No dobrze, Miłość mnie tam pociągnęła. Nie wiem, jak to ująć. Nie, nie mówię, że z miłości, bo wiesz, mogłam nie zgodzić się na wyjazd czy przeprowadzkę. Taka opcja też była możliwa. I wtedy pewnie z miłości zostalibyśmy w Polsce. Fascynowała mnie raczej chęć zobaczenia, czy doświadczenia czegoś nowego. Jego pewnie też.

Obydwoje lubicie wyzwania.
No na pewno. Prawda jest taka, że tego samego wieczoru, kiedy poznałam swojego obecnego męża, zaczął opowiadać mi o Norwegii i swoich planach wyjazdu. Już wtedy postanowiłam poznać Skandynawię, tak ciekawie o niej mówił. Fredrikstad, w którym mieszkamy, to trochę taki drugi Zamość, także jeśli chodzi o ilość mieszkańców. To miasto – forteca, pochodzi z XVI w. Jest zaledwie kilka lat różnicy jeśli chodzi o daty założenia Zamościa i Fredrikstad. Dużym walorem architektonicznym jest Stare Miasto i mury obronne. No mówię ci, drugi Zamość, tyle że tutaj jest morze. Pewnie dzięki tym podobieństwom tak łatwo zaklimatyzowałam się tutaj. Mieszkamy we Fredrikstad już parę ładnych lat, mamy trzyletniego syna, który czuje się tu jak w domu. Ale Zamość też bardzo lubi odwiedzać.

Magdalena Tutka-Gwóźdź z synkiem Emilkiem podczas Polskich Dni
Filmowych we Fredrikstad 2016, fot. Paola Huyhua

Emil jest pięknym i mądrym dzieckiem. Ale zanim to wszystko – był cały proces i wiele rzeczy po drodze. Na przykład doktorat i praca na Uniwersytecie w Oslo.
No tak doktorat (Magda śmieje się). Doktorat – Boże, jak to było dawno! Tak się wydaje. Ale wiesz, z tą ideą doktoratu, to trochę inaczej było. Wyobraź sobie, że lądujesz na pięknej wyspie, bo mieszkamy na wyspie…(śmiech) I ta wyspa nasycona jest niesamowitą zielenią, i błękitem morza oraz stykającego się z nim nieba. I jesteś ze swoim ukochanym. Mieszkacie jak w bajce, w małym białym domku. No i co masz tak naprawdę do roboty? Nic… (Magda wybucha spontanicznym śmiechem) Taka to była właśnie idea, ten doktorat (uśmiech) Tomek rozpoczął właśnie pracę w swoim zawodzie, jest psychologiem. I tak siłą rozpędu postanowiłam wziąć się za pisanie pracy doktorskiej. Filmy z byłej Jugosławii zebrałam wcześniej, podczas pierwszych lat studiów doktorskich na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale dopiero w Norwegii zaczęłam je dogłębnie analizować. To było bardzo ciekawe i wciągające… Moje badania dotyczyły tożsamości postjugosłowiańskiej widzianej przez pryzmat filmu dokumentalnego.

Niedawno rozmawiałyśmy o doktoratach w Polsce, a konkretnie o ich bezużyteczności. Ale gdy słucham Twojej opowieści, widzę jednak pewną zasadę przyczynowo-skutkową. Wtedy jeszcze nie wiedziałaś przecież, że film, wątki emigracyjne, imigracyjne a także tożsamości narodowej staną się stałym elementem Twojego życia.
Nie, nie miałam o tym zielonego pojęcia, wtedy. Nie sądziłam, że tak długo zostaniemy w Norwegii, no i, że powstaną Polskie Dni Filmowe we Fredrikstad. Tak sobie myślę teraz, że moje odczucia w trakcie obcowania przy pisaniu pracy doktorskiej z potężnym materiałem filmowym, były już wtedy dla mnie sygnałem, że wolę jednak robić coś innego, raczej promować filmy, niż je opisywać. Zawsze wolałam być bliżej ludzi, niż teorii.

W tym roku odbyła się trzecia edycja festiwalu, o którym mówiłaś. Była poświęcona twórczości Krzysztofa Kieślowskiego. Bardzo udana, zarówno frekwencyjnie – a przecież kino Kieślowskiego nie jest wcale łatwe, jak i klimatycznie. Polsko-francuskie koneksje świetnie odnalazły się w przestrzeni norweskiej.
No tak, w tym roku przyszło ok. 500-set osób, w tym wielu Norwegów. Prowadziliśmy trzyjęzykowe wspomnienia o Kieślowskim. Mieliśmy w programie koprodukcje z Norwegią i Francją również. Dzięki Kieślowskiemu weszliśmy w kontakt z francuskojęzycznym środowiskiem we Fredrikstad, mieliśmy także gości z Oslo, między innymi pani Attaché z Ambasady Polskiej. Ten rok był przełomowy także ze względu na ilość partnerów (ponad 15), było także znacznie więcej wolontariuszy.

Jeśli pozwolisz, ja chciałabym jednak przekierować naszą rozmowę na same początki idei powstania tego festiwalu.
Przez kilka ładnych lat myślałam o tym, żeby rozpocząć jakiś polsko-norweski projekt. Czułam, że jeśli tego nie zrobię, to stracę swój potencjał…

Doktoryzowałaś się z filmoznawstwa, w Krakowie też ukończyłaś Akademię Muzyczną.
Tak, ale nawet nie chodzi o potencjał akademicki, związany z wykształceniem, zawodem… Bałam się, że utracę potencjał, pewną dynamikę czy ekspansywność …tęsknoty. Uznałam, że tęsknota, nostalgia za krajem jest rodzajem potencjału, który można wykorzystać do tego, żeby coś stworzyć. Z takim nastawieniem, poszukiwałam różnych, nowych dróg dla siebie. Na fali w pewnym momencie zaczęłam się rozglądać wśród ludzi, których znałam jeszcze z Uczelni. Jedna z koleżanek skontaktowała mnie z Fundacją HumanDoc, która zajmowała się w tamtym czasie między innymi festiwalem filmu dokumentalnego o tematyce humanitarnej. Tak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Oni mieli doświadczenie w zdobywaniu funduszy na realizację międzynarodowych projektów, ja silną determinację i wiedzę na temat filmu oraz emigracji, no i udało się… Napisaliśmy wspólny grant, bardzo wysoko oceniany. To był bardzo wyraźny znak dla mnie, że powinnam iść w tę właśnie stronę.

Wiem, że nie lubisz rozmawiać o pieniądzach. Ale to ważna rzecz. Zwłaszcza przy tak dużych realizacjach, jak festiwal. Mówiłaś, że napisaliście wspólnie z Fundacją HumanDoc wspólny projekt, zatem pierwsza edycja została wsparta finansowo przez Polskę, tak?
Oczywiście, to bardzo ważna rzecz. Bez funduszy nie da się ruszyć! Pierwsza edycja była sfinansowana w zasadzie wyłącznie przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Stronie polskiej zależało na promowaniu wizerunku Polski za granicą. Potem zmieniły się już przepisy i zostałam praktycznie ze wszystkim sama. Musiałam walczyć o przetrwanie Festiwalu na zupełnie nieznanym mi froncie. W grę zaczęły wchodzić tylko dotacje norweskie.

Magdalena Tutka-Gwóźdź w holu kina we Fredrikstad, wielokrotnie uhonorowanego prestiżowym tytułem „Najlepszego Kina w Norwegii”. W tle wystawa „Krzysztof Kieślowski. Ślady i pamięć”z Muzeum Kinematografii w Łodzi, 2016, fot. Laura Hannam

Tegoroczna edycja Festiwalu, jak już wspominałyśmy, poświęcona była Kieślowskiemu. Czy pewną orientacje tematyczną miały także poprzednie edycje?
Przy pierwszej edycji byłam koordynatorką całego wydarzenia po stronie norweskiej. Postawiliśmy sobie za cel, aby zaprezentować w miarę możliwości kino współczesne. Ale również nawiązywać do historii i kultury polskiej. Wyemitowaliśmy wtedy, na przykład film „Baczyński”. Wiązało się to wówczas z 70-leciem Powstania Warszawskiego. To była względnie nowa realizacja. Obok tego mieliśmy w programie na przykład “Jasminum” czy „Kilera” – tak wszystkiego po trochu, żeby zachęcić widzów. Ale chciałabym podkreślić, że nasz Festiwal od początku nie był zorientowany tylko i wyłącznie na seanse w kinie. Zależało mi na rozszerzeniu tej formuły. I tak podczas pierwszej edycji odbyły się warsztaty filmowe w Szkole Polskiej. Dzieci w ramach tych zajęć nakręciły własny film. Były także wieczorki z muzyką filmową. W okolicznych kafejkach przez cały tydzień filmowy Norwegowie puszczali polską muzykę. To była bardzo sympatyczna idea, zachęcająca do wspólnego otwarcia się na różnice kulturowe.
Podczas drugiej edycji było już bardziej „na poważnie”. Mieliśmy jeden, ważny temat związany z filmem „Joanna” – Anety Kopacz, nominowanym do Oskara. Był to krótki metraż, niesamowity dokument o blasku gasnącego życia Joanny Sałygi. Zachowując profil interdyscyplinarny, zaprosiliśmy do projektu norweskie stowarzyszenie, działające na rzecz walki z rakiem. Aneta Kopacz odwiedziła nas osobiście, opowiadała bardzo interesująco o procesie twórczym i spotkaniu z bohaterką. Z drugiej strony odbyła się także rozmowa na temat wyzwań, jakie stawia przed człowiekiem choroba. Było to bardzo pouczające wydarzenie.
W tym roku po raz pierwszy mieliśmy profil zorientowany stricte na polsko-norweską współpracę. To jest linia tematyczna, którą chcielibyśmy rozwijać, którą ja chciałabym rozwijać. Chodzi o pokazanie, że nie tylko Norwegia jest Rajem, Ziemią Obiecaną dla Polaków, nawet natchnieniem dla wielu artystów polskich (skandynawskie krajobrazy itd.), ale także odwrotnie, że Polska jest niejednokrotnie inspiracją dla Norwegów, dla norweskich twórców. Jest kilku młodych, obiecujących reżyserów, którzy ukończyli Szkołę Filmowa w Łodzi i w przyszłym roku przygotowują swoje debiuty fabularne. Oczekuję na nie z niecierpliwością. Dwójka z tych artystów, Igor Devold i Magnus Arnesen, odwiedziła nas również w tym roku, prezentując filmy dokumentalne, jeszcze studenckie. W przyszłym roku pokażemy ich więcej. Mamy pomysł rozbudowania tego bloku, żeby Festiwal był rzeczywiście miejscem wymiany kulturowej nie tylko między publicznością i twórcami, ale również twórcami z Polski i Norwegii, studentami kierunków artystycznych, itd.

Od drugiej edycji, Polskie Dni Filmowe odbywały się już pod szyldem Twojej organizacji?
Już wówczas do pomocy przy Festiwalu włączyli się obcokrajowcy, mieszkający, podobnie jak ja, we Fredrikstad czy okolicach, generalnie z regionu Østfold. Wiedząc, że nie mogę liczyć na polskie subwencje, wraz ze znajomymi z innych krajów utworzyliśmy Stowarzyszenie InDialog. Zrzeszało ono, i zrzesza, bo ciągle przecież działamy, osoby które chciały dać wyraz swojej ekspresji kulturowej i stworzyć coś razem. Pod szyldem InDialog „rzuciłam się na głęboką wodę” norweskich zawiłości finansowych i aplikowałam, po raz pierwszy, o wsparcie festiwalowych działań. Pomysły spotkały się nie tylko z dużym zainteresowaniem, ale także obietnicami wsparcia kolejnych, podobnych inicjatyw. Dlatego myślę, że Polskie Dni Filmowe we Fredrikstad staną się wydarzeniem cyklicznym.
InDialog jest stowarzyszeniem zrzeszającym ludzi różnej narodowości, ale mieszkających w Norwegii. Uczestniczenie we wspólnych działaniach dotyczących bezpośrednio Polski musiało być inspirujące.
Przy tegorocznej edycji zwłaszcza kilka osób zaangażowało się w organizację Polskich Dni Filmowych: Juan Valencia z Meksyku, który miał pieczę nad sprawami technicznymi, Johanna Paajanen z Finlandii pomagała w księgowości, oraz Mechmet Bogiatzi z Grecji, wspierał nas w sprawach organizacyjnych, zaś Norweżka Kari Hyldmo Størdal zajęła się korektą tekstów. Bardzo jestem im wdzięczna. Myślę, że uczestniczenie we wspólnych wydarzeniach odnoszących się do kultury polskiej, było dla nich interesującym przeżyciem. Oprócz Noweżki cała wymieniona wyżej Trójka, nigdy nie miała nic wspólnego z Polską. Było to bardzo radosne doświadczenie, zobaczyć jak jesteśmy w stanie współpracować między podziałami i różnicami kulturowymi. Było to tym szczególne, ponieważ Festiwal w tym roku osiągnął status międzynarodowego ze względu na związki Kieślowskiego z Francją, ale także przez udział w nim Polaków mieszkających na emigracji z Niemczech i Wielkiej Brytanii.
Od początku w generalnym założeniu Festiwal miał być interdyscyplinarny, dlatego został podzielony na kilka zasadniczych części. Jedną z nich jest moduł warsztatowy, który zaprasza publiczność do jakiejś wspólnej formy aktywności. Kolejną częścią jest – jeśli można by to tak nazwać – program filmowy, jeszcze inną będzie prawdopodobnie część muzyczna. Już w tym roku Polskie Dni Filmowe otworzyliśmy koncertem, żeby ten wątek zainicjować. Warto wspomnieć, że wejście na wszystkie imprezy było darmowe.

Polskie Dni Filmowe we Fredrikstad 2015. Na zdjęciu od lewej Aneta Kopacz (reżyser nominowanego do Oscara filmu “Joanna”), Magdalena Tutka – Gwóźdź i Igor Leiv Devold (reżyser), fot. Magdalena Nowakowska.

Skąd się biorą Twoje pomysły na stworzenie danego programu festiwalowego?
Bardzo często inspiracja przychodzi z Polski, od moich przyjaciół jeszcze ze studiów. Dużo rozmawiamy, i dzięki temu mogę się dowiedzieć „co w trawie piszczy”. Bardzo dużo pomysłów podsunęła mi Agnieszka Polanowska, która pracuje obecnie w Filmotece Narodowej. Ona też jest z Zamościa (uśmiech).

Widać pochodzą stąd bardzo kreatywni i ambitni ludzie!
No tak, Zamość – kolebka kreatywności – ha, ha, ha!. Agnieszka w zasadzie nigdy nie była na Festiwalu osobiście, ale podpowiedziała mi masę tytułów, którymi warto się zainteresować. Jest takim „aniołem stróżem festiwalu” – w sensie – przyjaciela.

Madziu, bardzo Ci dziękuję za inspirującą rozmowę.
Dziękuję.


Magdalena Tutka-Gwóźdź – doktor nauk humanistycznych, autorka książki Shattered Mirror – the Problem of Identity in the Post-Yugoslav Documentary (2013). Absolwentka Akademii Muzycznej w Krakowie, autorka wierszy i piosenek, wokalistka jazzowa, producent serii “Jazz dla Fredrikstad” – www.facebook.com/jazzforfredrikstad. Wychowała się w Zamościu, związana z krakowskim środowiskiem artystycznym, obecnie dyrektor Polskich Dni Filmowych we Fredrikstad
– www.facebook.com/depolskefilmdager.tad


Wywiad ukazał się drukiem w “Kwartalniku Kulturalnym” [ZKK Nr 4 (129) 2016] oryginał można zobaczyć poniżej.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.