Opowiada Maria Próchnicka – Filipowicz

“Mój mąż Kornel”

Rejs nad Wartą Maria Próchnicka i Kornel Filipowicz, 1962

Rejs nad Wartą Maria Próchnicka i Kornel Filipowicz, 1962

28 lutego 2015 roku minie dwudziesta piąta rocznica śmierci Kornela Filipowicza – jednego z najwybitniejszych autorów krótkich form literackich, współtwórcy wraz z braci Różewiczami – Tadeuszem i Stanisławem – nieformalnej grupy artystycznej „Miczura-film”. Maria Filipowicz, z domu Próchnicka, wspominając męża, mówi że połączyła ich literatura i miłość do przyrody, a później syn – Marcin.  Ale w Krakowie mieszkać nie chciała.

 

Pierwsze spotkanie z Kornelem

M. Próchnicka-Filipowicz, nad_Wartą,1962

Maria Próchnicka-Filipowicz, nad Wartą 1962, fot. Kornel Filipowicz

Poznanie męża zawdzięczam rodzinie Różewiczów, a konkretniej Tadeuszowi Różewiczowi, który nie chciał, żebym była sama. No widocznie, tak stwierdził, że czeka mnie już tylko to, bo byłam osobą w leciech posuniętą, miałam ponad 30 lat i panienka. Z Tadeuszem mięliśmy bardzo przyjacielskie stosunki, tak się trochę mną opiekował. I chyba uknuł plan. Gdy zachorowałam na żółtaczkę zakaźną i byłam tutaj w szpitalu w Łodzi, potem wysłano mnie do sanatorium w Długopolu Zdroju,  Tadeusz  powiedział Kornelowi, że ma znajomą, która przebywa w sanatorium i jest miłośniczką jego pisarstwa. Za namową Tadeusza, Kornel przesłał mi książkę z dedykacją: „Pani Marii Próchnickiej w nadziei poznania jej osobiście”. Dziękując mu za prezent, włożyłam do listu  kwiatek, który nazwałam „krokusem”, na co on odpowiedział kartką, w której napisał:  „jako przyrodnik muszę sprostować, że nie jest to krokus, ale <<zimowit jesienny>>”.

No i rzeczywiście po powrocie z sanatorium doszło do spotkania. Tadeusz przyjeżdżał do Łodzi, do swojego brata Stanisława – reżysera, bywał tu także Kornel. No i pewnego dnia przyszłam z siostrą odwiedzić ich (to znajomość jeszcze sprzed wojny) i wtedy Tadeusz wskazując na mnie, powiedział: „moja znajoma, o której ci opowiadałem”.  Tak się poznaliśmy. Pamiętam miałam na sobie taką bluzkę, śmiałam się, że zrobioną z halki, bo była ozdobiona pięknym haftem.  Kornel zapytał potem Tadeusza, o którą z nas chodzi, mając pewnie nadzieję, że o moją siostrę, ponieważ była osobą atrakcyjną i miała wielkie powodzenie u panów, a okazało się, że chodzi o tą drugą. Siostra rzeczywiście bardzo się podobała. Była bardzo kokieteryjna w przeciwieństwie do mnie, która byłam na dystans. Mnie jak się ktoś podobał, zwłaszcza bardzo, to go unikałam.  To było lato, nie pamiętam już którego roku, chyba tak na początku lat 60., ale później nic,  nie mięliśmy już ze sobą kontaktów dłuższy czas. Niestety tak się zdarzyło, że był nawrót mojej choroby, i na wiosnę znowu byłam w Długopolu. Kornel przesłał mi drugą książkę, a w niej  było napisane „Pani Marii”. Przyjeżdżał później do mnie, do  Długopola. Chodziliśmy na długie spacery. Zatrzymywał się w Bystrzycy Kłodzkiej.

Wyruszaliśmy potem kilka razy z Kornelem na rejsy Bugiem i Wartą. Kornel był kierownikiem tych wypraw. Towarzyszył nam często Mietek Szczerski, który był przyjacielem Kornela jeszcze z Cieszyna. Mieszkaliśmy pod namiotami, łowiliśmy ryby i cieszyli pięknem przyrody.

Kochane Żuchowice

Żuchowice, 1960

Maria Próchnicka, Żuchowice 1960, fot. Kornel Filipowicz

 Pochodzę ze znakomitej rodziny, to znaczy nie chodzi tu o herby czy bogactwo, ale rodzina była ogromnie zgodna i o dużej kulturze – powiedziałabym. Ojciec był lekarzem weterynarii, zaś z zamiłowania przyrodnikiem. Matka była nauczycielką muzyki, ale nie uprawiała swojego zawodu. I mimo, że wiele ich różniło, bo matka pochodziła z zamożnego domu a ojciec z wielodzietnej rodziny, bardzo, bardzo skromnej, to jednak to małżeństwo było dobre. Była nas trójka rodzeństwa, panowała między nami ogromna zgoda, mimo różnicy wieku. Mój brat –Tadzik – był najstarszy urodził się w 1917 roku, potem była moja siostra urodzona w 1920 roku, a ja urodziłam się w 1928. Ojciec pracował początkowo w Kieleckiem, ja też tam się urodziłam oraz moja starsza siostra, a mianowicie w Wierzbniku – potem zmienił on nazwę na Starachowice. Mieszkałam tam przez 6 lat w drewnianym domu, gdzie był duży ogród od strony ulicy i za domem – tak, że było bardzo przyjemnie. Tatuś często zabierał nas na wycieczki, ponieważ pracował w terenie i przyjeżdżali po niego albo bryczką, albo wozem – w zależności od statusu właściciela zwierząt, którymi tatuś się zajmował – i po tej pięknej ziemi kieleckiej jeździliśmy razem z nim. Tatuś nam opowiadał wiele historii o różnych bandytach, np.o Wróblu i Klatce, a także trzeba było mówić jakie drzewa się widzi dookoła, nawet jak drzewa zgubiły liście trzeba było je rozpoznawać.

Kiedyś doszło do tego, że ojciec zacisnął pasa i kazał nam również pasa zacisnąć i zbierał pieniądze. Najpierw wziął w dzierżawę taki folwarczek, a potem już na własność zakupił. To były Żuchowice koło Gorzkowic. Jest tam do dziś  piękny spichlerz, podobnie jak inne budynki gospodarcze, wykonany z kamienia polnego. Ale to już było zastane. Dom ma też piękną werandę, jest tam taka kratka, po której pięły się róże.

M.Próchnicka-Filipowicz, Żuchowice 1960, arch._rodz.

Maria Próchnicka-Filipowicz, Żuchowice 1960, fot. Kornel Filipowicz

Matka chcąc ojcu pomóc w spłaceniu długów, bo na kupno Żuchowic zapożyczył się okropnie,  dała ogłoszenie do gazety, że przyjmuje letników. Myśmy wtedy mieszkali na stałe w Radomsku. I rzeczywiście wiele osób się zgłosiło. Przeważnie była to rodzina, przyjeżdżali też koledzy brata, czasem koleżanki siostry i dalsi znajomi.  I tak już pozostało. Jeżeli ktoś przyjeżdżał na dłużej, na dolce far niente– na przykład na 2 miesiące, wtedy płacił, a jeśli na 2-3 dni to nic nie płacił. Żuchowice miały powodzenie, bywało tam wiele osób. Jeszcze przed wojną przyjeżdżał Janusz Różewicz. Był kolegą szkolnym mojej siostry i jej wielką sympatią, ze wzajemnością zresztą. Po wojnie bywali państwo Różewiczowie, to znaczy ojciec i matka tych trzech bardzo uzdolnionych młodzieńców – dawniej, a teraz jedynego tylko Tadeusza, który jest parę lat starszy ode mnie. Dostałam kiedyś od niego chyba pierwszy jego zbiorek pod tytułem W łyżce wody i była tam taka zabawna dedykacja: „Pannie Marysi, która nie jada pierogów z jagodami”, rzeczywiście ich nie znosiłam. Do Żuchowic przyjeżdżali po wojnie nasi znajomi z Francji, państwo Okulscy. Ciocia Tonia – mamusi siostra – dbała, żeby koniecznie dzieci, to znaczy te starsze, uczyły się dodatkowo francuskiego, że im się to przyda. I przydało się, zwłaszcza siostrze, która była z mężem parę lat za granicą. Ja uczyłam się też jeździć konno, ale niestety nie osiągnęłam jakichś wybitnych wyników.

Nie znałam swoich dziadków, ale przyjeżdżała latem siostra mojego dziadka z Próchnickich – Sumińska. Nazywaliśmy ją „Babciunia”.  Jej wnuk – Michał Sumiński  – miał takie pogadanki w telewizji o zwierzętach. A jeszcze  wcześniej  jego ojciec, czyli syn tej „Babciuni”, opowiadał podobne historie, ale przez radio, bo przed wojną telewizji nie było. „Babciunia” miała jeszcze dwie córki: nazywaliśmy je „Lalka” i „Dzidzia”, w ogóle mówiliśmy do siebie zdrobnieniami: ja byłam, na przykład „Malinka”.  Przeważnie zjeżdżaliśmy się wszyscy na wakacje. Było wesoło, zawsze było dużo młodzieży. Jedna z cioć lubiła urządzać imprezy, między innymi był kiedyś wieczór Mickiewiczowski z  Koncertem Jankiela. Inna ciocia, która była uzdolniona plastycznie, robiła dla panów stroje, panie miały już własne. Zulka – moja siostra – jako, że była Zosią z Pana Tadeusza, to miała taki zielony kubraczek i wieniec ze zboża na głowie.

Zresztą teatr był moją wielką pasją. Już będąc w Łodzi dowiedziałam się, że jest zespół teatralny prowadzony przez profesjonalistę i wstąpiłam do niego. Odbyło się nawet kilka spektakli w Łódzkim Domu Kultury, dawniej Wojewódzkim. Jak się nie mylę, to z Ruchomymi piaskami Chojnowskiego mieliśmy też kilka wyjazdów do innych miast, jak na przykład do Łowicza, mało tego byliśmy nawet w Zakopanem. Ale jeszcze przedtem, mieszkając w Krakowie na studiach, chodziłam na takie spotkania,  nazywało się je  „lektoratami wymowy”.  Były one prowadzone przez nie byle kogo. Pan, który się nami opiekował, Jerzy Ronald Bujański, był aktorem, reżyserem i wicedyrektorem Radia Krakowskiego i młode studentki prowadził. Pan Bujański zapytał mnie kiedyś: czy Lidia Próchnicka to moja rodzina? Odpowiedziałam, że tak, bo to była moja stryjeczna siostra. Wspominał, że budziła duże nadzieję, ale wyemigrowała do Ameryki. Pisano nawet o niej w „Przekroju” jako o „gwieździe obu Ameryk”. Więc coś tam w nas takiego było, że ciągnęło nas do aktorstwa. Ja nawet próbowałam kiedyś zdawać do Szkoły Aktorskiej, ostatecznie jednak ukończyłam historię sztuki, która też mnie bardzo interesowała. Najpierw w Krakowie – pierwszy stopień, potem dojeżdżałam do Warszawy. U profesora Starzyńskiego napisałam pracę magisterską na temat malarstwa portretowego Piotra Michałowskiego.

list.filipowicz.

List Kornela Filipowicza do Marii Próchnickiej z 1963, fot. J. Gorzkowicz Łódź 2012

Poza sezonem domem opiekowali się wujostwo – ciocia Jadzia i jej mąż – Janiszewscy. Około roku 1939 lub 40 mieszkanie w Radomsku zostało zlikwidowane i przenieśliśmy się całkiem na wieś. Podczas wojny mieszkaliśmy już w Żuchwicach.  Było skromnie, ale było co jeść. Uprawiało się buraki cukrowe, gotowało się z nich syrop i nim smarowało chleb. Moja siostra hodowała króliki angorskie, potem się czesało ich wełnę i ona robiła czapki i sweterki. Dzielna była dziewczyna. Uprawiało się także len, żeby mieć kawałek swojego płótna. Ukrywał się u nas taki oficer, oczywiście pod zmienionym nazwiskiem, pomagał nam w gospodarstwie. Podczas okupacji przebywało u nas dużo ludzi, zwłaszcza rodzina. Pewnego pięknego dnia tatuś został aresztowany. Zginął w Oświęcimiu…

Do Żuchowic przyjeżdżał później, po wojnie także Kornel. Pamiętam jak kiedyś umówiliśmy się, wyszłam po niego na dworzec w Gorzkowicach, no i szliśmy na piechotę, bo stamtąd jest 2,5 km do Żuchowic. Mam nawet takie zdjęcie, zrobione przez niego w tych okolicach, z dziewanną.  Jest  powiedzenie: „gdzie rośnie dziewanna tam bez posagu panna”. Potem Kornel napisał do mnie list, bo uważał, że to jest jedyna możliwość, żeby przedstawić się mojej mamie. Tam było napisane coś takiego, z przekreśleniami trochę: „że ludzie poznają się i pobierają w zakresie jednej klasy wieku i urodzenia, a to wszystko przemawia na korzyść Pani”. Kornel miał niebywałe poczucie humoru. Kiedyś złamałam przy nim nogę. Biegłam w domu przez korytarz. To duży dom, tam są wysokie progi i jakoś niefortunnie upadłam. Pojechaliśmy wtedy razem do Piotrkowa do lekarza – noga znalazła się w gipsie. Kornel woził mnie wszędzie na takim śmiesznym małym wózeczku, był bardzo opiekuńczy. Kornel lubił  zbierać grzyby, często chodziliśmy na nie razem.  Potem, gdy urodził się już Marcin, mamusia zaprosiła na święta Kornela z jego synem Aleksandrem – z pierwszego małżeństwa. No Al, bo tak na niego mówiliśmy, był już wtedy dorosłym młodzieńcem. Myślę, że obydwaj panowie dobrze się czuli w Żuchowicach.

Żyliśmy w rozjazdach

Pod namiotem, nad Wartą 1962

Maria Próchnicka-Filipowiczowa i Kornel Filipowicz pod namiotem, nad Wartą 1962

Nasze małżeństwo było dojazdowe. W okresie, nazwijmy to narzeczeństwa czy bliższej znajomości,  jeździliśmy: ja do Krakowa a on z Krakowa do Łodzi. Była mowa o zamieszkaniu wspólnym w Krakowie, zwłaszcza gdy pojawił się Marcin. Tam było duże mieszkanie Kornela i jego pierwszej żony – sławnej i dobrej bardzo malarki. To była kiedyś jej pracownia. Kornel powiedział, że postawi ściankę działową, ale ja jakoś nie mogłam się zdecydować. Również odgrywała rolę ta spora różnica wieku między nami. Dzieliło nas piętnaście czy siedemnaście lat. Był bardzo rygorystyczny i szalenie go trzeba było słuchać, nie znosił sprzeciwu. Poza tym Kornel był osobą, która bardzo dużo przeżyła. Dlatego, że on był przecież w obozach koncentracyjnych. Był wysokim mężczyzną, ale po wyjściu z obozu ważył 50 kg, więc proszę sobie wyobrazić, jaki był wyniszczony fizycznie, no i psychicznie. Najpierw był w więzieniu na Montelupich, a potem został wywieziony do obozów koncentracyjnych – Gross Rosen i Oranienburg, wiadomo co tam się działo. Wahałam się. Była tak ogromna przepaść między nami, między środowiskami, w jakich żyliśmy. Kornel przedstawiał mi różne osoby, poznałam p. prof. Hannę Rudzką-Cybisową, Nowosielskiego, Jonasza Sterna. A ja byłam osobą tak nieśmiałą, że nie widziałam siebie w tej roli, w tym  mieszkaniu – zupełnie. To był inny świat. Poza tym z Łodzi miałam dużo bliżej do mamy, do Żuchowic, do siostry też dobre połączenie- niedaleko Warszawy przecież. Nie zdecydowałam się na to. Zważywszy, że  przecież… ukochany bardzo syn Aleksander, z pierwszego małżeństwa Kornela, nie mieszkał z rodzicami…, bo oni pracowali, byli zajęci. Nie wyobrażałam sobie takiego życia. W Łodzi miałam swoje przyjaciółki, z którymi pracowałam w Muzeum Sztuki. Z tymi, które  jeszcze żyją, przyjaźnię się do dziś.  W Krakowie w zasadzie miałam tylko kuzynkę, u której mieszkałam podczas studiów. No, ale gdyby nasza znajomość z Kornelem nie trwała dłużej, nie byłoby Marcina, naszego syna, niczego więc nie żałuję.  Teraz myślę, że Kornel był dla mnie kimś ważnym, ale wtedy nie umiałam się zdecydować. Wiem też, że i ja odegrałam ważną rolę w jego życiu. On bardzo przeżył śmierć swojej pierwszej żony. Długi czas nie mógł dojść do siebie. W końcu poznał mnie i jego życie znów nabrało rumieńców. Powiedział mi nawet: „No, wyciągnęłaś mnie z tego”.

Jak pojechaliśmy z synem pierwszy raz do Krakowa, żeby poznała go jego babcia Stanisława – to znaczy matka Kornela, która z nim mieszkała – Marcin był  jeszcze w beciku. Kornel też przyjeżdżał do Łodzi czy Żuchowic na wieś  i stąd też fotografie Marcinowe z dzieciństwa. Kornel  robił dobre zdjęcia, był trochę takim fotografikiem – amatorem, zawsze ładnie mnie kadrował. Mamy też z Kornelem kilka wspólnych zdjęć, bardzo udanych. Ale powiedziałam kiedyś Wisławie, którą zresztą bardzo lubiłam, że my nie mamy tak pięknego zdjęcia, jakie mają oni, że są tak bardzo razem i to się czuło. Ja nie byłam zazdrosna i nawet nie brałam  pod uwagę Jej wysokiej pozycji, że tak powiem. Była porządnym, dobrym  człowiekiem, co dla mnie jest przeogromnej wagi. Myślę, że ona też nie mogłaby powiedzieć o mnie złego słowa.

 


Tekst powstał na podstawie rozmów jakie odbyłam z Panią Marią i Jej synem Marcinem Filipowiczem w Łodzi
latem 2012 roku. Spacerując po ogrodzie botanicznym, oglądając rodzinne zdjęcia, mogłam odtworzyć chociaż cześć minionego i jakże ważnego świata. Bardzo dziękuję za ten czas. Zdjęcia zamieszczone w artytkule pochodzą ze zbiorów rodzinnych Marcina Filipowicza-syna pisarza Kornela Filipowicza.
Maria Próchnicka – Filipowicz, historyk sztuki, pracownik Muzeum Sztuki w Łodzi i Muzeum Archidiecezji Łódzkiej, harcerka, zawsze życzliwa innym, skromna ponad miarę, zmarła w wieku 84 lat w Łodzi dnia 6 maja 2013 roku.
Jej opowieść, którą udało mi się spisać, ukazała się drukiem w “Odrze” 7-9/ 2013 

Oryginał można zobaczyć poniżej. 


2 thoughts on “Opowiada Maria Próchnicka – Filipowicz

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.