“Fakty z życia” – kilka uwag o fotografii młodych

Fotografia
– „przenośna walizka obrazków”

W przerwie na kawę

Zamojski Tydzień Fotografii. W przerwie na kawę

Susan Sontag, jedna z najważniejszych intelektualistek XX w, w pewnej książce obala mit fotografii jako sztuki, stwierdzając:

Fotografowanie stało się dziś rozrywką niemal równie masową co życie seksualne czy taniec. Oznacza to, że podobnie jak sztuka masowa, fotografia w rękach większości ludzi wcale sztuką nie jest. Stanowi przede wszystkim rytuał społeczny, ochronę przed lękiem i narzędzie władzy. Upamiętnienie ważnych wydarzeń z życia własnej rodziny (albo innej grupy) stanowiło jedno z najciekawszych zastosowań fotografii. Poprzez fotografie każda rodzina stwarza kronikę pisaną portretami – przenośną walizeczkę obrazków, które zaświadczają o wspólnym życiu. Nie ma tu znaczenia, jakie sytuacje utrwalamy, ważne, że zdjęcia w ogóle się wykonuje i z pietyzmem przechowuje. Fotografia staje się rytuałem życia rodzinnego właśnie wówczas, gdy w uprzemysłowionych krajach Europy i Ameryki sama instytucja rodziny przechodzi radykalne przeobrażenia. W miarę jak ta klaustrofobiczna jednostka, rodzina nuklearna, wyłania się ze znacznie szerszych grup pokrewieństwa, fotografia pojawiała się, by upamiętnić i metaforycznie przywracać zagrożoną ciągłość życia rodzinnego. Te mityczne ślady, fotografie, zapewniają symboliczną obecność rozproszonych krewniaków. Album zdjęć rodzinnych zazwyczaj dotyczy rodziny w szerszym sensie – a często jest jedynym jej śladem.

Przywołane słowa amerykańskiej eseistki znakomicie opisują próby, jakie podjęli fotografowie, prezentujący swoje prace w ramach tegorocznego Zamojskiego Tygodnia Fotografii.  Od 18 do 24 września mieliśmy okazję uczestniczyć w wydarzeniu promującym młodych twórców. Zarówno ci posiadający  już pewien warsztat, jaki i ci którzy dopiero się go uczą, zostali zintegrowani przez Pracownię Fotografii „Negatyw” – organizatora całego przedsięwzięcia – pod wspólnym hasłem Fakty z życia. Jak można się było spodziewać po tym tytule, prezentowane prace miały ciążyć ku reportażowi, czyli takiej formie wypowiedzi, w której  zarówno zdarzenia, jak i bohaterowie zostaną przedstawieni w swoim naturalnym środowisku. Takie były zamierzenia. Przynajmniej tak można było je odczytać. Rzeczywistość jednak okazała się być nieco inna. I nie jest to bynajmniej zarzutem, wręcz przeciwnie. Prezentowane prace wpisały się w uwagi  Susan Sontag, która choć obalała mit fotografii jako sztuki,  w samym wykonywaniu zdjęć widziała potrzebę „metaforycznego przywracania zagrożonej ciągłości życia”. Owa metaforyka – w przypadku Krzysztofa Pacholaka rozbudowana dodatkowo o wymiar poetycki – wyraźnie przebijała przez pracę Dominiki Kamińskiej.

„Nie jestem muzykiem, nie piszę wierszy. Fotografuję.”

Krzysztof Pacholak, Don't Live Alone

Krzysztof Pacholak, z cyklu Don’t Live Alone

Krzysztof Pacholak, Don't Live Alone

Krzysztof Pacholak, z cyklu Don’t Live Alone

Krzysztof Pacholak, Don't Live Alone

Krzysztof Pacholak, z cyklu Don’t Live Alone

Jak wynikało ze słów Krzysztofa Pacholaka, jego wystawa miała dotyczyć codzienności życia studenckiego, które nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Kiedyś trzeba obronić dyplom i odnaleźć się w nowym, nieco samotnym życiu.  „Sześć lat w mieszkaniach studenckich. Z własnym pokojem lub bez. W trzy osoby lub siedem. Codzienność i rutyna. Przyjaźnie. Czytanie gazet i picie kawy. Uzależnienia. Zasypiasz nad ranem, a ktoś już wstaje na egzamin” – czytamy w katalogu zamojskiej wystawy. Jednak fotografie zaprezentowane przez niego o codzienności studenta – jaka zarysowała się w wyobrażeniach odbiorcy po tak nakreślonym wstępie – mówiły niewiele. Nie było tam chaosu, rutyny, ciasnoty. Była za to duża wrażliwość samego twórcy, która wprowadzała w świat wyciszony, nieco  kameralny.  Tym, co zdecydowanie wybijało się na pierwszy plan, zaprzeczając ujęciu stricte reportażowemu, był wymiar liryczny. Co więcej, w pracach  z cyklu Don’t live alone  można było  doszukać się także motywów malarskich. Widać je było na przykład w sposobie kadrowania. Wydobywane z  rzeczywistości niezbyt istotne, na pierwszy rzut oka, szczegóły przywodziły na myśl obrazy mistrzów holenderskich. „Aura” Vermeera  unosiła się zwłaszcza nad portretami Pacholaka. Zastygła w bezruchu kobieta stojąca przy oknie, czy zapatrzona gdzieś przed siebie –  miała w sobie „coś” z Vermeerowskiej  „Kobiety w błękitnej sukni”.  Być może funkcjonowanie w fotografiach tego autora wielu estetyk, jest wynikiem pewnych doświadczeń, które zdobył kształcąc się na dwu, zupełnie odległych kierunkach. Krzysztof Pacholak kończy socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, oprócz tego studiuje w Instytucie Twórczej Fotografii Uniwersytetu Śląskiego w Opawie. W wywiadzie udzielonym po wystawie w następujący sposób opowiada o charakterystyce tamtejszej uczelni:

– „To uczelnia bardzo specyficzna, stawiająca raczej na konsolidowanie środowiska, wspólną wymianę inspiracji itp. Zajęcia odbywają się pięć razy do roku podczas kilkudniowych zjazdów. Nie spotykamy się w Opawie na Uniwersytecie tylko w maleńkiej wiosce w górach – Horni Becva. Wszystkie roczniki mają zjazd w tym samym czasie. Od rana do późnego wieczora mamy zajęcia i konsultacje. Potem są wspólne imprezy, wystawy – często zaimprowizowane – na miejscu, dużo fajnego artystycznego fermentu. Bardzo urozmaicone, wielonarodowe środowisko. Nie wiem, czy można mówić o jakimś charakterystycznym dla Instytutu Twórczej Fotografii kierunku kształcenia. To uczelnia, która przyjmuje i kształci zarówno dokumentalistów, jak też osoby, które specjalizują się np. w fotografii reklamowej i glamour/fashion. Dużo jest też kreacyjnych zabaw (to szczególnie Czesi). Wyróżnikiem tej uczelni byłaby pewnie bardzo specyficzna atmosfera zjazdów i podejście do studenta niż jakiś konkretny profil fotograficzny, a o takim na przykład słyszy się, gdy mowa o fotografii na Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Ja sam fotografię traktuję jako sposób na autorski komentarz do rzeczywistości. Nie jestem muzykiem, nie piszę wierszy. Fotografuję. Staram się, żeby to właśnie fotografia była moim językiem. Od zawsze uważałem, że rzeczywistość jest o wiele bardziej ciekawsza od fikcji, dlatego moje zdjęcia łączy dokumentalne podejście. Interesują mnie przemiany środowiska, relacje człowieka do natury. Uwielbiam subtelne opowiadanie o codzienności, zarówno mojej prywatnej, jak też obcych mi ludzi, np. mieszkańców polskiej prowincji (na przykład cykl Pretty Sweet).”

Sztambuch współczesnej rodzinny polskiej

8 7 6 5

Kadr z filmu Dominiki Kamińskiej Mój brat dużo pali

Kadry z filmu Dominiki Kamińskiej Mój brat dużo pali

Film Dominiki Kamińskiej Mój brat dużo pali to próba dokumentacji życia familijnego, głęboko osadzonego w realiach polskich. Forma wypowiedzi zaproponowana przez autorkę zaskakuje swoją prostotą i oryginalnością. Wykorzystując kamerę  domowego użytku – jakich wiele u Xsińskich – Kamińska prezentuje szereg zdjęć upamiętniających  codzienne wydarzenia. Całość  została opatrzona komentarzem odautorskim. Wszystko to razem wprowadza nas w świat  typowości.  Pomimo tej aury  – jaka spowija opowieść już u samych podstaw aranżacji artystycznej – tym, co szokuje najbardziej jest świadomość, że zostaliśmy dopuszczeni do przestrzeni bardzo intymnej. Jak wskazuje autorka, w zastygłym kadrze jest zarchiwizowana jej własna rodzina. „Za pomocą fotografii i słów staram się opowiedzieć o moich rodzicach i braciach” – czytamy w katalogu. W ten sposób poznajemy braci Kamińskiej: Huberta, który nieustannie rzuca palenie oraz Filipa bunkrującego się w pokoju, aby w samotności móc oddawać się swojej największej pasji – malowaniu obrazów. Nad rodziną piecze sprawuje matka, pracująca zawodowo anglistka.  Równocześnie jest gospodynią domową, fryzjerką i krawcową (słowem  – istne perpetuum mobile). Ważną rolę w życiu  Kamińskich pełni także  ojciec – radny powiatowy, który uwielbia wafelki kakaowe. Na co dzień dumnie podróżuje skodą, zaś w niedzielę spełnia rodzinny rytuał, przyrządzając na śniadanie dla wszystkich jajecznicę. Trywialność snutej opowieści zakłócają treści przemycane trochę jakby mimochodem o wydźwięku wyraźnie dramatycznym. Z komentarza odautorskiego dowiadujemy się na przykład, że rodzina Kamińskiej przeżyła śmierć dziecka. Trzyletnia siostra autorki zmarła w okolicznościach, które nie zostają ujawnione widzom. Również Hubert (tytułowy bohater filmowej opowieści) zdaje się być naznaczony pewnym rysem tragiczności. Na jednym ze zdjęć możemy go zobaczyć z koleżanką ze szpitala. I choć autorka zaledwie dotyka przykrych dla siebie tematów i zapewne trudnych, w ujęciu całościowym to właśnie one dopełniają obraz współczesnej polskiej rodziny.

Dominika Kamińska stworzyła rodzaj albumu-pamiętnika. Taki rodzaj ekspresji sięga korzeniami do czasów antycznych. Starożytni Rzymianie albumem nazywali białą tablicę, na której umieszczano ważne informację z życia religijnego, ale także publiczne obwieszczenia. Poetykę tę przejęło średniowiecze, propagując model sztambuchowy. To, co do tej pory służyło do rozpowszechniania wiadomości dość prozaicznych – istotnych z punktu widzenia danej społeczności – przyjęło formę (między innymi) bardziej osobistych  ksiąg rodowych. Na początku dokonywane wpisy opierały się głównie na eksponowaniu ogólnodostępnych cytatów i sentencji zaczerpniętych z wielkich myślicieli.  Z czasem jednak sztywną lakoniczność zastąpiła twórczość własna, oparta na przekazie w znacznym stopniu spontanicznym. Sztambuch zaczęto nazywać Księgą wspomnień lub Pamiętnikiem.

Gdy spojrzymy na prezentację Kamińskiej z szerszej perspektywy, zauważymy, że konwencja przyjęta przez autorkę mieści się  w obrębie obydwu przywołanych znaczeń kulturowych. A więc zarówno obwieszczenia, jak i wypowiedzi autobiograficznej. Na tle jednostkowej historii – będącej wyznaniem bardzo kameralnym, miejscami zabarwionym humoreską – wyłania się wyraźny kontekst socjologiczno-społeczny. Podobny wydźwięk  miała niegdysiejsza opowieść o pewnej rodzinie mieszczańskiej powołanej do życia na łamach literatury przez Gabrielę Zapolską. O ile jednak Dulscy, bo o nich tu mowa, byli reprezentantami  posiadaczy cech niezbyt pożądanych. W świadomości  Polaków ( i kanonie szkolnym) zapisali się jako bezwzględni obłudnicy, pozbawieni moralności filistrzy. O tyle Kamińscy, prezentują zupełnie nowy model. Jaki? Zacznijmy od postaci matki, w której ujawnia się wyraźna  polemika ze stereotypem Matki – Polki.  W obiegowej opinii – umacnianej przez feministki – to zabiegana, pracująca na kilku etatach (zarówno w pracy, jak i  w domu), kobieta nieszczęśliwa, która składa siebie na „ołtarzu życia rodzinnego”. Tymczasem matka, z jaką mamy do czynienia w filmie Mój brat dużo pali to kobieta spełniona. Bardzo energiczna. Robi to, co lubi, do czego ma tak zwany „dryg” (nikt przecież, kto nie zna się na szyciu bądź fryzjerstwie,  nie podejmuje się takich wyzwań – no chyba, że nazywa się Aniela Dulska i chce zaoszczędzić – tych cech jednak nie przejawia opisywana postać). Matka z filmu Kamińskiej swoje obowiązki traktuje z niekłamaną przyjemnością. Opieka nad rodziną, sprzątanie, gotowanie, szycie itd. są rezultatem życiowej zaradności, czy jak kto woli kreatywności, nie zaś zła koniecznego. To matka, która przygarnia, a nie odrzuca. Nie ma w sobie nic z hetery – Dulskiej.  Emanuje prawdziwym „ciepłem”, pewną nostalgiczną „swojskością”. Jej mąż – z powodzeniem mógłby być odpowiednikiem książkowego Felicjana –  to przysłowiowy „dusza człowiek”. Jest dobroduszny przez co sprawia wrażenie osoby uległej, całkowicie podporządkowanej. Tymczasem nie jest przez  swoją żonę zdominowany i sam nie przejawia skłonności do manipulowania innymi, nie jest też nieprzystępnym krytykantem. To po prostu partner swojej żony. Jest równie „ciepły” jak ona. Żyje według  swego rytmu, ma swoje małe dziwactwa, ale jest mężczyzną potrafiącym dać wsparcie w kryzysowych sytuacjach. Z kolei Hubert – jedna z najbardziej zagadkowych postaci filmu (bardziej zagadkowa jest jedynie sama autorka) – posiada pewne cechy Zbyszka Zapolskiej. Wydaję się być podobnym do niego utracjuszem, który większość czasu spędza poza domem, jeżdżąc z kolegami na deskorolce albo paląc papierosy na domowym balkonie. Jednak to tylko pozory. Pod powierzchnią tych znaków skrywa się bowiem Hubert, który dobrze gotuje, jest ciepły i uczynny jak jego rodzice. Nie mógłby być inny. Jego osobowość budują emocje jakie wyniósł z domu. Obraz rodziny,  jaki przebija przez historię Kamińskiej, jest chaotyczny – chciałoby się rzec, „zagracony” na podobieństwo mieszkania ze zdjęć – to jednak obraz rodziny, która trzyma się razem. Jest monolitem. Dzięki czemu niestraszne  jej życiowe tragedie.

Widzimy więc, że familiarność  Kamińskich całkowicie burzy stereotyp znany nam z literatury. Czy Dominika Kamińska jest świadoma przekazu, który kryje jej sztambuchowa opowieść? Nawet jeśli nie – istnieje duże prawdopodobieństwo, iż jej praca powstała zupełnie intuicyjnie – nie zmienia to faktu, że ta młoda fotografka poruszyła niezwykle istotne problemy. Być może właśnie dlatego jej film zyskuje coraz większe zainteresowanie.

Projekt Kamińskiej po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w Krakowie w 2010 roku.  Został tam zaprezentowany szerszej publiczności w ramach festiwalu Miesiąc Fotografii w sekcji ShowOFF,  w której doświadczeni kuratorzy podjęli współprace z  młodymi dobrze zapowiadającymi się fotografami. Kuratorem autorki filmu Mój brat dużo pali był Kuba Dąbrowski. Dla niego prezentacja Kamińskiej to przede wszystkim wzruszająca opowieść: „Na Dominikę Kamińską nie jestem w stanie spojrzeć jak na fotografkę. Widzę w niej dziewczynę, która ma do opowiedzenia historię i ja po prostu opowiada za pomocą zdjęć. Fotografie są u niej środkiem, a nie celem. (…) Takie podejście nie zdarza się często. Oglądając zdjęcia, na ogół je doceniam lub rozumiem, a w przypadku Mój brat dużo pali najzwyczajniej się wzruszam. To dla mnie dużo cenniejsze uczucie”. Film był również prezentowany na China Pingyao International Photography Festiwal w dniach 19-25 września 2011 roku. Wystawa nazywała się “Good Times: New Photography from Poland”, zaś jej kuratorem był Karol Hordziej.


20 września 2011 roku w Zamojskim Domu Kultury, będącym współorganizatorem V edycji Zamojskiego Tygodnia Fotografii, zaprezentowano w  Galerii „Hall”  prace Krzysztofa Pacholaka zebrane pod wspólnym tytułem – Don’t live alone oraz film Dominiki Kamińskiej – Mój brat dużo pali.

 


 Literatura
Sontag, O fotografii, przeł. S. Magala, Kraków 2009, s.9.
Simonides, Miedzy literatura a folklorem, [w:] Kultura, literatura, folklor, pod red. M. Graszewicza i J. Kolbuszewskiego, Warszawa 1988, s.120.

Tekst ukazał się pod tytułem: Fotografia – „przenośna walizka obrazków”.Oryginał możesz zobaczyć poniżej.

One thought on ““Fakty z życia” – kilka uwag o fotografii młodych

  1. Pingback: Czy fotografia może być dzisiaj sztuką? | Justyna Gorzkowicz

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.