Zdjęcie prawie rodzinne

Z serca Wielkiej Brytanii cz. 3

Adam wydaje się spokojny. Trochę przerażający w tym swoim oddaleniu. Patrzy przed siebie. Minuta za minutą dzieją się właśnie „teraz” i „tu”. Adam z precyzją skalpela tnie klatki niewidzialnego filmu. Dostaję jego historię. Ale bez kompromisów. Taki warunek.

 

– Pytasz, kiedy był mój pierwszy raz? Pierwszy raz… Pamiętam dobrze pierwszy raz [uśmiecha się]. Do Anglii przyjechałem dziewięć lat temu. Nie znałem języka. Nie miałem żadnych gwarancji na pracę. Mimo to przyjechałem.

Z oczu 39-letniego, łysiejącego z lekka Adama, niełatwo wyczytać emocje. Wydaje się spokojny. Opanowany. Trochę przeraża swoim wycofaniem. Jakby równoczesnym – brakiem i silnie zaznaczonym nadmiarem własnej obecności. Patrzy przed siebie. Odtwarza minutę po minucie minione dziewięć lat. Trudno nie odnieść wrażenia, że dzieją się właśnie „teraz” i „tu”. Z precyzją skalpela Adam tnie poszczególne klatki przewijanego w myślach filmu. Mówi: „oczy są zwierciadłem duszy”. Uprzedza – skoro zapytałam, dostanę jego historię. Ale muszę obiecać: „pójdzie” w całości.

Niechciani, Walia 2016 , fot. Jarek Solecki

Pięć lat temu Adam kupił dom na angielskiej prowincji, w Rashden. Podjazd na dwa samochody. Cztery sypialnie. Przestronny salon. Kuchnia z jadalnią. Na górze łazienka z prysznicem i wanną. Na dole toaleta z umywalką. „Wszystko na kredyt” – informuje. Za domem ogród – niewielki. Ale ładny. Niektórzy powiedzieliby nawet, że na swój sposób piękny. Inni, że dość dziwaczny. Na pewno zadbany. Z kamiennymi ozdobami. Wydają się niemal doskonałą makietą dekoracji wielkomiejskich ogrodów. Pośrodku kamienny posążek nagiej kobiety. To niewielka fontanna. Adam oznajmia, mrugając porozumiewawczo, że miała być Dejanira – „jest, co jest”. Mamy też miniaturowy kamienny grill. Miniaturowe oczko wodne, obłożone wymytymi przez ocean fragmentami skalistych raf – równie miniaturowymi pamiątkami ze Swansea. Dalej wymurowane z kamyków schodki małego kwietnika zasadzonego drobnymi roślinami przywiezionymi z Holandii. I wreszcie – kamienne ogrodzenie, odcinające prywatną przestrzeń zielonej kwatery w Rashden od sąsiednich zabudowań.
– Napisz jak było. Napisz prawdę jak tu jest. Niech ludzie wiedzą – prosi Adam, ale bez śladu desperacji.
– Do wyjazdu namówił mnie … przyjaciel. Wychowywaliśmy się razem. Na jednej ulicy. Prawie dom w dom. Młodzieńcze wyskoki. Drobne rewolucje. Pierwsze dziewczyny. Pierwsze wino. Ręka w rękę. Wszystko razem. Michał i ja. Jak bracia…Michał przemieszkiwał wtedy w Wellingborough. Gdzie to jest? W środkowej Anglii. Taka mała mieścina. W sumie niedaleko od Londynu. Ale na tyle daleko, że nie ma tam jeszcze londyńskich stawek. Życie tańsze a pracy dużo. Ode mnie do Wellingborough jest jakaś godzina piętnaście. Michał miał tam siostrę i szwagra. Jeździł do nich, tak gdzieś na sześć miesięcy. Potem zjeżdżał do żony i dzieci. Jak kończyły się pieniądze, jechał znów do Anglii. I tak w kółko od czasu otwarcia granic dla Polski. Ale chciał chyba czegoś więcej. No nie wiem – może samodzielności? W sumie nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Kiedy zjeżdżał, przychodził i mówił: „Słuchaj stary, po co tak w tym Zamościu siedzisz? Pracy nie ma. Na dziecko nie masz. A tam chłopie, zobaczysz, inne życie. Jedź ze mną. Ściągniemy nasze baby. Zobaczysz – inne życie.” Nie mogłem się zdecydować. Matka – mieszkałem wtedy u niej z Anką i naszą córką – odradzała mi. Płakała. Mówiła: „Tu jest twój dom”. Ale było ciężko. Pokoik malutki. Długi. Ona też wiedziała, że to może być szansa.

Niechciani 2, Walia 2016, fot. Jarek Solecki

No i pojechałem… Właściwie to poleciałem. Sprzedałem stary samochód. Pożyczyłem ile mogłem. Nie było tego dużo, z trzysta funtów. I od samego początku SZOK, WIELKI SZOK! Nic nie rozumiałem. Nie był to angielski z amerykańskich filmów i gier. Trzymałem się kurczowo Michała. Jak dziecko we mgle. Ja – taki zaradny facet. Zamieszkaliśmy u siostry Michała w salonie. Do pracy chodził tylko jej mąż, więc w domu cały czas ruch. Spałem na podwójnej kanapie, Michał na potrójnej. Kanapy oczywiście nierozkładane. Nogi zwisały z nich bezwładnie. Plecy bolały. Rano dzieciaki siostry Michała latały, „tłukły” się po nas. Spałem jak zając pod miedzą. Michał „spikał” już trochę. Umówił mnie na spotkanie w sprawie „inszuransu” [odpowiednik NIP-u]. Bez tego ani rusz – pracy nie mogłem znaleźć. W Polsce robiłem w budowlance. Miałem fach w ręku. Michał poznał mnie z takim jednym „Ciapakiem” [slangowe określenie Hindusa]. Był sąsiadem jego siostry. U tego „Ciapaka” wykańczałem dom i czekałem na „inszurans”. Pieniądze nieduże, ale mogłem już dorzucić się do rachunków. Miałem na „żarcie” i jeszcze trochę odkładałem. Potem Michał dał namiary na firmę, zajmującą się segregacją śmieci. Praca na nocki, po cztery/pięć godzin, ciężka. Ale zatrudniali bez „inszuransu” i „języka”. Do tej firmy miałem na piechotę 60 minut w jedną stronę. Na początku strasznie się gubiłem. Ale potem kupiłem telefon z nawigacją. Pracowałem nocami. Rano dosypiałem i do „Ciapatego”. Było coraz lepiej. Michał pracował w fabryce czekolady. Miał tam umowę na stałe. Po jakimś czasie podjęliśmy decyzje, że wynajmiemy wspólnie dom i dziewczyny z dziećmi do nas dojadą. „Będzie dobrze” – pomyślałem.
Adam jeszcze wtedy nie wiedział, że najgorsze miało dopiero nadejść.
– Dziewczyny przyjechały po dwóch miesiącach. Dom był na Michała. Wynajmując tutaj albo bezpośrednio od Landlorda [właściciela], albo przez agencję musisz mieć niezłą kasę: podwójny czynsz, takie jakby wpisowe i kogoś kto za ciebie poręczy, żeś wypłacalny. Kasy trochę uzbierałem. Ale nie byłem dla agencji wiarygodny. Michał też nie zarabiał kokosów. Był tu jednak dłużej, więc wszystko na niego. Dogadaliśmy się z kosztami – po połowie. Ja miałem Olę – on dwóch chłopaków, no i nasze żony. Tylko my pracowaliśmy. Nie mieliśmy nic. Spaliśmy na podłodze, przykrywaliśmy się kocami z „sekendhendów”, ale byliśmy razem.

Cmentarzysko, Walijskie wybrzerze 2015, fot. Jarek Solecki

Ten „Ciapak”, u którego „robiłem”, dużo mi pomógł. Przychodził na przerwach. Gadał ze mną. Uczył angielskiego. U nich matura coś znaczy. Łapałem szybko. Widziałem, że mnie szanuje. Podpowiedział gdzie są bogate dzielnice. Ludzie wystawiają tam przed domami niepotrzebne im rzeczy, meble, kuchenki całkiem w niezłym jeszcze stanie. Tak umeblowaliśmy nasze pierwsze mieszkanie.
Po kilku miesiącach kupiłem samochód. Ale nie miałem na ubezpieczenie. Tu jest to strasznie drogie. Zwłaszcza, gdy jesteś emigrantem i nie masz angielskich zniżek. Roczne ubezpieczenie auta potrafi przewyższyć jego wartość. Jest uzależnione od marki samochodu, adresu, pod którym mieszkasz, twojego wieku, a nawet od miejsca, gdzie parkujesz pod domem, czy na ulicy. Szybko jednak zacząłem stawać na nogi. Dzięki „Ciapakowi” byłem „komunikatywny”. Znalazłem pracę w fabryce, produkującej części do samolotów. Było ciężko, ale zarobki, jak na tamte czasy, naprawdę dobre. No i nie śmierdziało. Po trzech miesiącach Anka też znalazła pracę, Sprzątała po rożnych miejscach. Nie znała angielskiego „ni w ząb”, ale w agencji [pośredniczącej między pracodawcą a pracownikiem] była jedna Polka. Słyszałem, że zwolnili ją jakoś tak po roku. Ta Polka za przysłowiowe „pierogi” – pamiętam, że Anka nanosiła się ich trochę do tej agencji – pomagała rodakom zdawać pisemne testy. No takie testy, które były podstawą do przyjęcia cię do pracy. Anka więc pracowała – żona Michała nie. Ale mieli wysokie benefity na nią i chłopaków. Nam się jeszcze nie należały. Byliśmy z Anką w Anglii za krótko. Trzeba było z czegoś żyć. Rachunki pęczniały. Czekaliśmy na decyzje w sprawie benefitu na Olę. Ten na dziecko należał się nam na pewno. Wiedzieliśmy, że go dostaniemy, i to z wyrównaniem, ale nie wiedzieliśmy kiedy. W sumie to miesięcznie Michał z Mariolą dysponowali kasą większą niż my. Nie mieli też samochodu. No wiesz – mniejsze opłaty. Ale jakoś im nigdy nie starczało. Pożyczali albo od siostry Michała, albo ode mnie. Wiem, że i od kolegów z pracy Michał też brał. Kiedyś przy wódce zapytał jak ja to robię, że jeszcze odkładam. Powiedział też, że to niesprawiedliwe, bo on w Anglii jest dłużej i to jemu powinno się lepiej żyć. Pomyślałem, że jest pijany i nie przejąłem się wtedy zbytnio.
Nasza Ola miała niecałe sześć lat. Nie mogliśmy jej samej zostawić w domu. Chcieliśmy jakoś tak wszystko poukładać, żeby wymieniać się z pracą. Ale nie dało się. „Robiłem” na trzy zmiany. Anka musiała być „na telefon”. Mariola nie pracowała. Zajmowała się swoimi dziećmi. Pomyśleliśmy, że mogłaby pomóc. Mariola zgodziła się. Brała połowę tego, co Anka zarabiała.
W weekendy bawiliśmy się. Bawiliśmy się we czwórkę. Nie ukrywam często ostrzej niż powinniśmy. Musieliśmy jakoś odreagować. Tu wszystko wyglądało inaczej niż w Polsce. Czasem myślałem: to nie dzieje się naprawdę, gram w jakiś filmie. Nad naszą dzielnicą latały helikoptery zwiadowcze. Michał mówił, że szukają plantacji marihuany. Na rogu mieszkało kilku Jamajczyków. Ponoć znaleźli już kiedyś u nich narkotyki. Co jakiś czas „dredziasty Murzyn” przeskakiwał przez nasz płot w popłochu. U sąsiada – z Łotwy chyba – prawie raz w tygodniu była strzelanina. Jakieś porachunki – tak mówili. Ze dwa razy przyjechała policja też i do nas. Nie wytrzymywałem. Po alkoholu puszczały mi nerwy. Zdarzało się, że Michał rzucił się z pięściami. Ja nie byłem dłużny. Miałem żal, że nie powiedział jak tu jest naprawdę. Z dziewczynami nie działo się lepiej. Mariola docinała Ance, że głupia, bo pracuje, gdy ona siedzi w domu, ją jeszcze naciąga i ma dużo więcej. „Aleś ty k….a zaradna!” – krzyczała w pijackim amoku. To Anka ją za włosy i o stół. Potem trzeźwieliśmy. Godzili się. Przepraszali. Płakali. W końcu przyjaciele. Pewnego dnia Michał „na zgodę” – jak mówił – przedstawił propozycję. U niego w fabryce zwalniało się miejsce. Powiedział, że poleci Ankę – będzie więcej zarabiać i pracować w normalnych godzinach. Ola będzie musiała zostawać z Mariolą tylko jeden tydzień w miesiącu – taki mały kompromis. No i Anka poszła do tej „czekolady”. Poznała trochę ludzi, przy okazji dowiedziała się też jaki w pracy jest Michał. Opowiadał jak to nam pomaga, że zginęlibyśmy w tej Anglii bez niego.

Mniej więcej w tym samym czasie zauważyliśmy, że z Olą coś nie tak. Okazało się, że chłopcy Michała – jeden dwa lata starszy od naszej córki, drugi o rok – biegali za Olą i krzyczeli: „Ty brudasie! Polski szczurze – do nory!”. Niszczyli jej zabawki, odrywali lalkom głowy i na śmietnik wyrzucali. Gdy mała płakała, Mariola darła się na nią: „ No i czego ryczysz? Ojciec ci pomoże, ma wprawę w grzebaniu w śmieciach”. Skąd wiem? Założyłem po kryjomu kamerkę w jej pokoju. Ola coraz częściej moczyła się w nocy. Mariola zamyka ją na cały dzień. Rozumiesz sześciolatkę !!! Gdy chciała do toalety, musiała klękać na kolanach i prosić: „Proszę pani, proszę mnie puścić na siusiu”. I co byś zrobiła na moim miejscu!? Powiedz co!?
Puściłem nagranie Michałowi. Rzucił się na mnie. Krzyczał, że to jakiś fotomontaż. Zniszczył kamerę. Szarpaliśmy się. Nie wiem, co było dalej. Anka z zakrwawioną twarzą i dzieckiem na rękach wyciągnęła mnie z domu. Wylądowaliśmy na drugim końcu miasta pod drzwiami obcego faceta. Anka poznała Igora w pracy trzy tygodnie wcześniej. Ten Litwin przyjął nas w środku nocy. Miałem złamaną rękę i rozbity łuk brwiowy. Michał wyglądał gorzej. Nie spotkaliśmy się od tamtej pory. Bałem się, że go zabiję.

Prawnie nie mogłem nic. Wszystko stało na Michała. Mogłem co najwyżej dostać wyrok za wtargnięcie do jego domu i pobicie. Anka straciła przez niego pracę. Ja sam nie dawałem rady. Zacząłem pić. Piłem i ćpałem. Anka poszukała pocieszenia u Igora. Nie wiem jak i kiedy straciłem auto, pracę, żonę. Zostawiła liścik. „JADĘ W PODRÓŻ MEGO ŻYCIA. OLĘ ZOSTAWIAM Z TOBĄ”. Chciałem umrzeć. Po prostu nie podołałem. Po sześciu miesiącach wracałem do Polski zmiażdżony. Anka dojechała do nas niebawem skruszona. Igor chciał się tylko zabawić.
I znów Zamość. Minął prawie rok jak na polski adres dostaliśmy zawiadomienie z Anglii. Mamy wyrównanie benefitu na Olę. To było dużo pieniędzy. Szybka decyzja: wracamy i zaczynamy jeszcze raz. No i jesteśmy.


Tekst został opublikowany w Kwartalniku Kulturalnym. Oryginał możesz zobaczyć poniżej.