Opowieści walijskie

Artykuł poświęcony jest Walii. Należy do serii „Reportaży z terenu” o zabarwieniu entograficznym i kulturoznawczym (nagranych i spisanych z ramienia Culture Lab Foundation w ramach interdyscyplinarnych badań nad emigracją w Wielkiej Brytanii). Został zdeponowany w Repozytorium Cyfrowym CEON. Bardzo proszę w razie cytowania lub odwoływania się do jego treści  o podawanie poniższego linku. Dziękuję 
URI – https://depot.ceon.pl/handle/123456789/16220

z serii -Reportaże z terenu

Jest takie miejsce Wielkiej Brytanii, gdzie pola, okalające góry, mają barwę krwistoczerwoną. Ludzi spotkasz tam niewielu, chyba że turystów – często przybyszy z wielkomiejskich aglomeracji. Ci, którzy tam żyją, są mocnej, silnej postury, choć nie za wysokiej. Miejscowe pastwiska wydają się wiecznie zielone. A na ich grzbietach jak grzyby po deszczu wyrastają stada owiec. Surowa przyroda ogarnia wybrzeża płaszczem skał. Miejscowych nazw nie sposób spamiętać. Taka właśnie jest Walia – bezspornie odmienna od reszty kraju. Już prawie z nim niezwiązana. Czy odnajdziemy podobne miejsce w Polsce? Jeśli by szukać porównań w odrębności kulturowej tamtejszych mieszkańców, to tylko – jak się zdaje –w odniesieniu do tożsamości polskich Kaszubów. W walijskim, prowincjonalnym krajobrazie z czerwonym smokiem w tle nietrudno odnaleźć także wątek polski.

Reportaże z terenu rozpoczęliśmy przeszło rok temu wędrówką po polonijnej Wielkiej Brytanii. Na pierwszy ogień wzięliśmy region nazywany przez Brytyjczyków Black Country. Jak pamiętamy w jego skład wchodzą między innymi: Dudley, Sandwell, Walsall oraz Wolverhampton. Z mieszkańcami tych właśnie miast (nieróżniących się zbytnio od naszych aglomeracji na Śląsku) rozmawialiśmy podczas kolejnych spotkań. Swoimi historiami postanowili podzielić się: Karolina – nauczycielka plastyki z podzamojskiej miejscowości, Staszek – samotny ojciec, były przedsiębiorca, kosmetyczka – Dorota, młoda wdowa Edyta, Magda i jej mąż Piotr, któremu przeszłość więzienna utrudniła start w Polsce oraz Adam wraz z rdzennie zamojską rodziną. Wszyscy ci ludzie ciężko pracują w Wielkiej Brytanii. Często, jak Karolina czy Magdalena, podejmują zajęcia poniżej własnych kwalifikacji, aby godnie i spokojnie żyć w obcym społeczeństwie. W kraju, w którym – jak tytułował go jeden z reportaży telewizyjnych, zrealizowanych przez “Gazetę Polską” – po prostu „da się żyć”. Jednak niejednokrotnie okazuje się, że owa „godność” nie ma tak naprawdę nic wspólnego z dumą, zaś spokój emigrantów jest pozorny. Finansowo zabezpieczeni – czego brakowało im w Polsce, która coraz częściej nazywa ich „uciekinierami” lub „tchórzami” – w Wielkiej Brytanii mają status WIECZNEGO IMIGRANTA. Rozdarcie jest zatem podwójne. Imigrantowi się nie ufa. Imigranta sprawdza się dwa razy, traktuje bez najmniejszej taryfy ulgowej. Imigranta jako pierwszego wysyła się „na szafot”, gdy zaczynają się problemy. Imigrant to obcy – który jest tolerowany dopóty, dopóki przynosi korzyści. Bo imigrant to biznes. I jako część wielkiej machiny ma spełniać swoją rolę – być tanią siłą roboczą, użytecznym trybikiem ponowoczesnego świata Zachodu. Przy tym najlepiej jest, jeśli imigrant niczego nie oczekuje. Żyje z dnia na dzień, planując wyjazd z Wielkiej Brytanii, gdy będzie zbyt stary lub chory by pracować. Bo przecież imigrant, a zwłaszcza polski – z racji tego, jak donoszą populistyczne media, że „jest go wszędzie pełno” – obciąża brytyjski system: edukacyjny (bo za dużo dzieci), socjalny (bo jak dzieci dużo, to matki muszą zostawać w domu…), zdrowotny (bo dużo dzieci i chorych z przepracowania rodziców). W opinii publicznej imigrant ma obowiązki i powinności. Zupełnie jakby brytyjskie dzieci oraz brytyjscy rodzice, choć częściej schorowani – a przez to bardziej problematyczni – traktowani byli z pułapu lepszego obywatela. Zupełnie jakby mieli jedynie same prawa i niemal żadnych obowiązków. Czy słusznie? Z perspektywy „problemu uchodźców” – wydarzeń globalnych, z którymi musimy się dziś mierzyć, widać jasno, że każdy naród powinien mieć prawo obrony się przed napływem obcego czynnika. Tak, oczywiście, te sprawy znacznie się różnią – rzecz przecież zarówno w skali, jak i aspekcie, nazwijmy go terrorystycznym. Ale co to właściwe oznacza bycie nielegalnym i jak to się ma do bycia człowiekiem? Gdzie prawa i obowiązki, tak jednej, jak i drugiej strony? Niezaprzeczalnie nasuwa się w obydwu przypadkach pewna analogiczna refleksja na temat bycia OBCYM i UŻYTECZNYM. Nie o tym jednak chcielibyśmy teraz dyskutować. Polacy przecież, przynajmniej w 70 %, są w Wielkiej Brytanii integralną częścią pracującego społeczeństwa. I co najistotniejsze, mimo wszystko POLSKI PRZYBYSZ, potrafi być w UK szczęśliwy. I trudno się temu dziwić. Tutaj oferuje się mu znacznie więcej, niż w jego ojczyźnie. Po wizycie w Black Country – sercu Wielkiej Brytanii, udajemy się na Jej prowincje, aby przekonać się, jak żyje się tam naszym rodakom.

Niezwykłość Walii

Właściwie to gdzie leży Walia i na czym polega jej niezwykłość? Na początek trochę faktów, także tych historycznych. Dzięki nim będziemy mogli łatwiej zrozumieć różnicę kulturowe tamtejszych mieszkańców oraz niektóre wątki asymilacyjne. Otóż nie każdy zdaje sobie sprawę, że wraz z Anglią, Szkocją oraz Irlandią Północną – Walia jest odrębną częścią Wielkiej Brytanii[1]. Tamtejsi mieszkańcy nazywają swoją krainę – Cymru – co w wolnym tłumaczeniu można odczytać jako – „tutejsi, ziomkowie, rodacy”. Są spokrewnionymi z kulturą Europy Środkowej potomkami Celtów i uchodzą za rdzennych rezydentów Wysp. Alternatywnym określeniem tego obszaru jest także łacińskie Cambria. Odnajdziemy je na przykład w nazwie Gór Kambryjskich – malowniczego masywu w Snowdonii. Charakterystyczną cechą tego miejsca jest niemal całkowicie jałowy krajobraz, dlatego nazywa się je często „pustynią Walii”. Patrząc na kręte drogi prowadzące podróżnika aż na szczyt Snowdowni, przychodzi na myśl pewna refleksja. Aż chciałoby się wykrzyczeć: pewnie właśnie tak wygląda pejzaż na Księżycu! Otaczająca nas przestrzeń zatapia się w srebrzystej skorupie skał.

Według najstarszych zabytków piśmienniczych (ok. 48 n.e) historia walijskiej społeczności zaczyna się wraz z przybyciem starożytnych Rzymian. Nie oznacza to oczywiście, że wcześniej (podobnie jak w Polsce przed przyjęciem chrześcijaństwa) nie istniała żadna kultura. Wręcz przeciwnie. Tuziemcy posługiwali się wówczas odmianą języka brytańskiego, należącego do grupy języków celtyckich z kręgu indoeuropejskiego. Z biegiem lat ewoluował on w czynną mutację języka walijskiego, niespotykanego poza granicami owej druickiej krainy. Przez stulecia władze angielskie, podobnie jak niegdyś zaborcy w Polsce, dążyły do zatarcia odrębności celtyckich prowincji Zjednoczonego Królestwa. Przez wieki też ich mieszkańcy, jak Polacy, nie poddawali się opresjom, wszczynając liczne rewolty. Obecnie podejmowane są wszelkie działania, aby podtrzymać oryginalność tego farmerskiego regionu Wielkiej Brytanii. Językiem walijskim posługuje się dziś około 25 % społeczeństwa. To niewiele, zważywszy, że prawie taki sam procent mieszkającej tam społeczności mówi w języku polskim. Imigrantów z naszej ojczyzny jest najwięcej. Na ulicach miast spotyka się niewielu czarnoskórych czy Hindusów, tylko czasami Tajlandczyków, Portugalczyków oraz Węgrów i Bułgarów, którzy myleni są zresztą nieustannie z Polakami. Walijski ma obok angielskiego status języka urzędowego. Nauka języka o korzeniach celtyckich stała się od niedawna obowiązkiem wszystkich uczniów w wieku do lat 16 w anglojęzycznych szkołach w Walii. W obrębie krajowej stacji BBC nadaje walijski kanał telewizyjny oraz Radio Cymru. Ukazują się także lokalne czasopisma, tygodniki walijskie oraz regionalne miesięczniki. Te działania nie przekreślą wprawdzie wiekowych zniszczeń dokonanych przez Anglosasów, ale z pewnością są krokiem w kierunku odtworzenia ginącej kultury i języka.

Już w niedalekiej odległości od granic z historyczną Anglią, zauważymy na terytorium walijskim wyraźne dążenia do zachowania autonomii leksykalnej. Możemy poczuć się nieco zaskoczeni dwujęzycznymi transkrypcjami. Na przykład angielskie SLOW [zwolnij] pojawia się wraz z walijskim ARAW, zaś obok nazwy własnej z ang. WREXHAM cymru’jskie WRECSAM.
Im głąbiej w Walię, tym mniej szyldów z angielskimi nazwami miejscowości, ulic, czy sklepów. Tracimy nieco rachubę. Większość znaków informuje nas o miejscu, w którym się znaleźliśmy jedynie w języku walijskim. Drugi z języków urzędowych funkcjonuje tu jedynie orientacyjnie, aby turyści mogli odnaleźć newralgiczne miejsca. Walijskie CROESO zastępuje angielskie WELCOME (witajcie), tak jak MAES PARCIOCAR PARK (parking samochodowy). Ogarnia nas niemałe przerażenie na samą myśl, że w jednej z walijskich miejscowości może nam na przykład pęknąć opona. Bo jak tu zadzwonić po pomoc drogą i podać tę dziwnie brzmiącą nazwę? No jak wypowiedzieć: LLANRHAEADR, BETWS-YN-RHOS, LLANSANFFRAID albo nie daj Boże LLANFAIRPWLLGWYNGYLLGOGERYCHWYRNDROWLLLLANTYSILIOGOGOGOCH? Ta ostatnia nazwa należy do pewnego miasteczka w północno-zachodniej Walii i oznacza w wolnym tłumaczeniu: Kościół Świętej Marii nad stawem wśród białych leszczyn niedaleko wodnego wiru pod Czerwoną pieczarą przy kościele św. Tysilia. Większość walijskich nazw, tak jak ich europejskie odpowiedniki, pochodzi od miejsc, czy ukształtowania terenu, na którym powstawały osady.
Przekraczając rogatki hrabstwa Chester w północno-zachodniej części Anglii, trafimy do Wrexham. Na przykładzie tego, około 66-tysiącznego miasta (czwartego co do wielkości w Walii), widać jak bardzo mieszkający tu ludzie przywiązani są do własnych korzeni. Równocześnie jednak nie stronią także od gościnności w stosunku do nowoprzybyłych. Jedno z pierwszych rond, na które trafiamy, strzeżone jest przez czerwonego smoka. Red Dragon, od zawsze kojarzony z tym regionem, stał się w 1959 roku oficjalnym symbolem narodu walijskiego. Smok ten ściśle związany jest z opowieściami o Królu Arturze, rycerzach Okrągłego Stołu oraz Świętym Gralu. Te informacje przekazuje nam Piotrek. Kiedyś pracował we Wrexham, w dzielnicy industrialnej, jako szeregowy pracownik fabryki. Dzisiaj jest właścicielem polskiej restauracji. Jej specjałem są przede wszystkim domowe „pierogi”. Ale o nich i samym Piotrku, opowiemy już następnym razem. Zapraszamy do wędrówki po Wali.


[1] Informacje na temat Walii pochodzą z danych zebranych na postawie field work (obserwacji uczestniczącej oraz shadowing), które odbywały się na terenie Wrexham i okolic od 10.06.2015 do 10.09.2015 w ramach indywidualnych interdyscyplinarnych badań naukowych przeprowadzonych przez J. Gorzkowicz oraz J. Soleckiego. Zobacz tutaj:
J. Gorzkowicz, J. Solecki, Cymru – kraina pora, żonkili i czerwonego smoka. O współczesnych realizacjach folkloru walijskiego, materiały pokonferencyjne: Nowe wersje starego. O tradycyjnym folklorze we współczesnym wydaniu,  
9–10 kwietnia 2015 r., Uniwersytet Wrocławski.

Tekst ukazał się w” Kwartalniku Kulturalnym” ZKK Nr 2 (127) 2016 oryginał możesz zobaczyć także poniżej.