Kubuś Puchatek 

Z serii Reportaże z terenu
– Opowieści walijskie

 

Justyna ma oczy czarne i włosy jak heban. Rzadko można zobaczyć ją z uśmiechem na twarzy. Jest tylko świdrujące spojrzenie – z rzędu tych dziwnych, trochę nieobecnych. Dwudziestosześcioletnie spojrzenie już prawie pozbawione nadziei. Ciche, apatyczne i beznamiętne. Jej czarne, szeroko otwarte oczy skrywają jednak ognik. Jakby chciały się roześmiać, ale jakaś nieokreślona siła powstrzymuje je.

 

Taką Justynę poznaję. Dowiaduję się, że ta filigranowa dziewczyna lubi horrory. Ostatnio jest na etapie oglądania serialu Grimm, należącego do gatunku dark fantasy. Detektyw Nick Burkhardt – główny bohater – to policjant z Portland. Jest potomkiem rodziny łowców znanych jako Grimmowie. Ich życiowym zadaniem jest tropienie i eliminowanie niebezpiecznych baśniowych stworów, które współistnieją w świecie wraz z ludźmi. Grimmowie mają utrzymywać balans pomiędzy ludzkością a Wesenami. Zwykły człowiek ich nie rozpozna. Tylko Grimmowie posiadają ten dar. Potrafią zauważyć jak, z pozoru normalni ludzie, przepotwarzają się pod wpływem silnych emocji w stwory, które, w zależności od przypisywanych im mocy czy cech charakteru, przypominają jakieś znane w świecie ludzkim zwierzę, na przykład: człeko-lisiczkę, człeko-wilka lub człeko-wężą. Wyjątkowo wredne Weseny upodobniają się czasem do jakiś bliżej nieokreślonych, kosmicznych dziwotworów. Justyna lubi, stojąc przy lini produkcyjnej w fabryce, obserwować swoich kolegów i wyobrażać sobie, jakim typem Wesena byliby. Ta myśl rozbawia ją, co pewien czas niepokoi. W Wielkiej Brytanii jest dopiero od kilku miesięcy. Przyjechała z mężem – Stachem, ale on nie chce dziś rozmawiać. Woli zostać z kolegami i znów w męskim gronie naprawiać czyjś samochód. Może boi się moich pytań o dzieciństwo w domu dziecka, rodzeństwo, alkohol i narkotyki, o jego emocje? Justyna przychodzi sama. Nie włączam dyktafonu. Justyna z tą wiedzą czuje się swobodniej. Pijemy herbatę i rozmawiamy. Zdradza mi, że jak pierwszy raz mnie zobaczyła, wyobraziła sobie sarnę, ale taką dziwną, bo nie dająca się nigdy upolować.

– Wiesz, bo ja nie lubię ludzi. Z tobą tylko czasem mogę się spotkać – mówi Czarnooka i wyciąga smartfon – Zobacz – tutaj ja z Szymonkiem.

Na fotografii, którą pokazuje mi Justyna, widzę ją z sześciomiesięcznym chłopczykiem. Jest wesoły, pogodny. Wtula się w mamę. Wydaje się, że to było wczoraj. Tylko Justyna wygląda inaczej. To znaczy: niby tak samo, ale inaczej… Chwilę zastanawiam się nad tym. Może to inna fryzura, albo makijaż? No nie, ona się nie maluje; z całą pewnością nie należy typu młodych kobiet chcących zwrócić na siebie uwagę. Wiem już… Justyna na zdjęciu jest po prostu radosna, szczęśliwa! I te oczy – błyszczące!!! Na kolejnym – jej synek przytula żółtego misia Puchatka. W tle, na tapecie widać jak podobizna tego samego Kubusia macza łapę w lepkim miodzie. Mogłabym przysiąc, że aromat nektaru unosi się w powietrzu, przebija przez kadr i trafia do moich nozdrzy. Po czym wraca na fotografię, prosto na śpiochy Szymona. Tam rozlewa się – na początku cudacznie, potem formując na nowo postać Kubusia Puchatka. Niemal w tym samym momencie na twarzach obydwu nas rysuje się uśmiech.

Maskotki, Wrexham 2016, fot. Jarek Solecki

– Kubuś Puchatek – tu, i tam – wskazuje Justyna – Taka ukochana maskotka Szymcia. Tutaj nie widać, ale po lewej stronie pokoiku stał regał. Wiesz, taki z Ikea, biały. I na tym regale też były Kubusie – Justyna przewija zdjęcia w telefonie – O, popatrz – podsuwa mi –byliśmy w zeszłą niedzielę na „karbocie” (carboot – bardzo popularna w Wielkiej Brytanii wyprzedaż samochodowa, organizowana w tzw. ciepłych sezonach tradycyjnie w każdą niedzielę). I kupiłam takiego Kubusia. Wielki, co?

Na fotografii, którą mam przed sobą, widzę Puchatka wielkości kilkuletniego dziecka. Śmiejemy się. Justyna próbuje usadzić maskotkę na tylnym siedzeniu samochodu. Robi to nieporadnie. Siedzenie pasażera jest cofnięte. Siedzi na nim długonogi kolega „Kudłaty” i rozweselony popija piwko. Miś musi znaleźć sobie miejsce obok kosiarki do trawy, szafki na buty i szklanej ławy.

–A tutaj zdjęcie ze Staśkiem – pokazuje Justyna.

Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w rozciągniętym dresie trzyma synka na rękach. Wydaje się, że na jego silnie zarysowaną twarz napłynął właśnie obcy grymas. Lekkie zakłopotanie? A może próba ukrycia czegoś istotnego lub zatrzymania wyłącznie dla siebie ulotnej chwili, na której został przyłapany przez aparat żony? Ale Szymon na tym zdjęciu zdaje się niespokojny. Mimo iż w objęciach ojcowskich ramion jest przecież bezpieczny. Na ścianie, tuż za nimi, namalowany jest duży Miś Puchatek, trzymający balony. Ściana jest błękitna z zieloną lamperią.

– Czy to..? – zadaje pytanie, ale Justyna nie pozwala mi dokończyć.

Za kratkami, Wexham, Walia 2017, fot. Jarek Solecki

– Tak – odpowiada – to ze szpitala. Szymuś gdy się urodził, dostał 10 punktów w skali Apgar, wiesz. Był piękny i zdrowy. Tutaj jest po pierwszej chemii – kontynuuje beznamiętnie Justyna, przełączając zdjęcie. Oglądamy je razem. Chłopczyk ma wbity w dłoń różowy venflon. Mogę tylko milczeć i słuchać. Justynie nie trzeba przeszkadzać, ma potrzebę mówienia.

– Pamiętam jak wypisali nas ze szpitala. Mieliśmy na wizyty tylko się pojawiać. Daleko było dojeżdżać, ale dojeżdżałam. Szymuś był osłabiony i bardzo na infekcje podatny. „Trzeba założyć nowe wkłucie” – powiedziała kiedyś jedna lekarka i zaczęła się pchać do niego z gołymi rękami. Wyobrażasz sobie, tak bez rękawiczek do dziecka z obniżoną odpornością?!!! Więc ja do niej: „Co pani robi? Oszalała pani, gdzie rękawiczki?”. A ona, wiesz, kazała mi się uspokoić i nie histeryzować. No, ciekawa jestem czy swojemu też by tak zrobiła?

Justyna przesuwa zdjęcia w telefonie. Widzę jak Szymon siedzi w szpitalnym łóżeczku. Ma odwróconą główkę w kierunku aparatu. Jego oczka sa nieprzytomne, ale wciąż próbuje się uśmiechać.

– Kiedyś Szymonek miał bardzo wysoką gorączkę, dusił się, przelewał przez ręce. Zadzwoniłam po pogotowie. Miałam spokojny głos. Powiedziałam głośno i wyraźnie jakie są objawy. Powiedzieli, że to nic groźnego, żebym się nie przejmowała tylko na drugi dzień poszła z nim do lekarza rodzinnego. To ja im mówię, że on jest po wypisie ze szpitala. Usłyszałam: „Aha, to wobec tego przyjedziemy ”. Ale minęło czterdzieści minut a ich nadal nie było. Zadzwoniłam znowu i spokojnym głosem, tak żeby mnie dobrze zrozumieli, wszystko jeszcze raz opowiedziałam. „Są w drodze – usłyszałam”. Ale mijały kolejne minuty, Szymuś coraz bardziej się dusił. Kolejny telefon wykonał Staszek. Już nie był tak miły. Karetka przyjechała w ciągu dziesięciu minut.

Kolejne zdjęcia:

Szymonek leży na pleckach. W pachwince venflon. Rączki obandażowane, z opatrunku wystają kolejne wenflony. Chłoniak limfoblastyczny jest bardzo agresywny, nie chce się poddać.

Szymonek bezwładny leży na lewym boku. Jego skóra jest bladosina. Nie oddycha samodzielnie. Jest podpięty do maszyny. Jego oczka patrzą prosto w obiektyw. Mają odcień szarawy, ale raczej bliżej mu do bezbarwności, pustej i bezdennej.

– Gdy go zdiagnozowali ( no oczywiście nie od razu – pojeździliśmy trochę po lekarzach, bo nikt mi nie chciał uwierzyć, że z małym coś nie tak), ale gdy go już zdiagnozowali – pojawiły się pytania: dlaczego my, dlaczego on, dlaczego Bóg do tego dopuścił? Pewnie Boga nie ma po prostu. Nie mogliśmy uwierzyć. Byłam w szoku – opowiada bardzo spokojnie Justyna. Przecież był zdrowy, nic mu nie dolegało. Wiesz, moi rodzice mieli konflikt serologiczny. Brat urodził się niepełnosprawny. Na początku myślałam, że to może dlatego. Że jakaś wada po prostu ujawniła się w drugim pokoleniu. Ale nie! Lekarze mówili, że nie wiadomo skąd chłoniaki się biorą. Stanowią ok. 2% wszystkich zachorowań na raka w Polsce i ta forma, którą miał Szymuś była nieuleczalna.

Oczy Justyny zachodzą mgłą.

Na śmietniku, Wrexham 2017, fot. Jarek Solecki

– Wiesz, najgorsi są ci wszyscy ludzie. Oni tak wiedzą, co najlepsze dla ciebie jest. Zuza i jej chłopak – to ci znajomi, którzy nas tutaj sprowadzili, tacy bezmyślni byli. Zwłaszcza ona. Do UK przyjechaliśmy z długami i jakoś tak nie potrafiliśmy sobie z tym wszystkim poradzić. To znaczy ja nie potrafiłam, bo Staszek to taki silny jest. A ta Zuza puściła mi na drugi dzień po przyjeździe do niej film o dziecku chorym na raka. No i tak cały czas. No nie wiem, co ona sobie myślała! – Justyna milknie… Patrzy przed siebie.

– Powiedz, co ty byś zrobiła? Podpisałabyś…. papiery? – zadaje mi pytanie. Jestem zaskoczona, nie wiem co odpowiedzieć.

– Jakie papiery? – pytam.

– Bo wiesz, czasami tak sobie myślę – kontynuuje Justyna, tym razem już nie wytrzymuje i zalewa się łzami. Między szlochem, a łapaniem oddechu padają słowa– Że mogłam zrobić coś więcej?!!! Mogłam go uratować! Może gdybyśmy poczekali jeszcze trochę, to może znaleźliby na tego chłoniaka lekarstwo?!!! Że może trzeba było się nie zgadzać na odłączenie, tylko poczekać?!!! Jeszcze, może jeszcze jedna chemia by pomogła?!!! Tak strasznie dręczy mnie sumienie!!!

Trzymam w dłoni telefon Justyny. Szymuś leży w szpitalnym łóżeczku podpięty do kroplówek. Płyn sączy się powoli. Szymuś ma rączki rozrzucone bezwładnie na boki. Oczka półotwarte, rybie. Na ścianie w tle kolorowy Miś Puchatek. Płaczemy już razem.

Justyna przyjechała do Wielkiej Brytanii trzy miesiące po śmierci Szymona. Podczas jego choroby zadłużyli się ze Staszkiem. Chcieli oddać długi i zarobić na nagrobek dla Szymona. Czarnooka marzy, aby na grobie ich synka stanęła figura Misia Puchatka.

Jak kończy się ta historia? Mija ponad rok od naszej rozmowy. Nie widzieliśmy się długo. Dowiaduje się, że nie wiodło im się za granicą zbyt dobrze. Wprawdzie udało im się wyprostować sprawy finansowe, ale nie byli tu szczęśliwi. Przeżyli pierwszy poważny małżeński kryzys, oddalili się od siebie i przybliżyli. Są jeszcze tacy młodzi, a tyle już za nimi. Informacja o Brexicie pomogła podjąć im decyzję. Nie chcieli kolejnego roku spędzić w wynajętym z przyjaciółmi mieszkaniu. Chcieli w końcu pożyć samodzielnie, uporać się ze sobą i własnymi emocjami. Na początku tego roku, po kilkumiesięcznym odliczaniu dni, zjechali do Polski.


Artykuł ukazał się drukiem w Kwartalniku Kulturalnym, oryginał możesz zobaczyć poniżej.