Changeover

W artykule Autorka opowiada historię dwóch młodych rodzin, żyjących na emigracji. Tekst należy do serii „Reportaży z terenu” o zabarwieniu etnograficznym i kulturoznawczym (nagranych i spisanych z ramienia Culture Lab Foundation w ramach interdyscyplinarnych badań nad emigracją w Wielkiej Brytanii). Został zdeponowany w Repozytorium Cyfrowym CEON. Bardzo proszę w razie cytowania lub odwoływania się do jego treści o podawanie poniższego linku. Dziękuję
URI- https://depot.ceon.pl/handle/123456789/16221

Z serca Wielkiej Brytanii (Cz. II)

Taśma pędzi nieubłaganie. Albo dajesz radę, albo nie. Ludzie-agregaty uwijają się jak mrówki ustawione według dobrze przemyślanej i zsynchronizowanej hierarchii. Co jakiś czas huk urządzeń przerywa głos człowieka: changeover – zmiana. Linia zatrzymuje się. W komputerze linear lider – człowiek odpowiedzialny za sprawną pracę poszczególnych linii produkcyjnych – ustawia nową datę i wszystko rusza od początku. Aż do kolejnego, zdecydowanego change over – przełączenia…

Czarny parasol jak tysiące innych

Eda. Edi. Dla niektórych Edi Kowiec. Na zębach nosi aparat korekcyjny. Jest ciemną szatynką średniego wzrostu. W pracy często mówią: wariatka. Lubi wygłupy, zawsze wesoła i pomocna. Lubi zwiedzać świat. Jest głodna przygód, poznawania nowych rzeczy. Jak książka jest naprawdę interesująca, potrafi ją „połknąć” w jeden wieczór. Edzie nie szkoda na to czasu, ale nie stroni też od przyjaciół. Z Michałem, swoim partnerem, jeździ na wakacje. W tym roku
Hiszpania i Rodos, a może coś jeszcze? Nie zamyka się na propozycje. Jest szeregowym pracownikiem w fabryce z żywnością, dostarczaną do sieci hipermarketów, m.in. „Sainsbury’s” i „Morissons”, a także największej nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i na świecie, wielobranżowej spółdzielni konsumenckiej „The Co-operative”. Przez 8 godzin dziennie, ubranaw biały fartuch zakrywający wymyślne tuniki, które uwielbia, oraz w czepku na głowie pakuje do pudełek mealsy – tak nazywa się tu gotowe do spożycia po drobnej obróbce termicznej posiłki. Anglicy – ponoć jak większość społeczeństw wysoko rozwiniętych – kochają się w półproduktach. Edi, gdy umawia się na transport do pracy z kimś nowym, często żartuje: „A rozpoznasz mnie bez czepka?”. Bez niego wszyscy wyglądają inaczej, bardziej jak ludzie, a nie jednakowe trybiki kosmicznej maszyny produkcyjnej. Taśma pędzi, ludzie-agregaty uwijają się jak mrówki ustawione według dobrze przemyślanej i zsynchronizowanej hierarchii. Co jakiś czas huk urządzeń przerywa głos człowieka: changeover – zmiana. Linia zatrzymuje się. Linear lider – człowiek odpowiedzialny za sprawną pracę poszczególnych linii produkcyjnych – ustawia w komputerze nową datę i wszystko rusza od początku. Aż do kolejnego, zdecydowanego change over – przełączenia na nową datę lub inny produkt. Rzadko kto potrafi odgadnąć, ile Eda ma w rzeczywistości lat. Trudno powiedzieć, czy w ogóle kogokolwiek to obchodzi. Czasem pada pytanie, ale to z grzeczności. Tak żeby „zagadać” – dużo tu Polaków. Tylko najbliżsi znają wcale niewesołą historię Edy. Pierwszy raz do Wielkiej Brytanii przyjechała siedem lat temu. Była świeżo po studiach. W Londynie pracował wówczas jej mąż – Andrzej. Był budowlańcem. Dojechała do niego po pół roku, aby nazbierać trochę pieniędzy na lepszy start. Byli na dorobku.
– Nie zapomnę tego czasu – opowiada.
Z twarzy Edyty znika frywolność, z której znają ją w fabryce.
– W tamtą niedzielę jechałam jak zwykle do pracy autobusem, takim czerwonym dwupiętrowym, jakie jeżdżą po Londynie czy tam w ogóle po większych miastach. Red double-dacker bus – mówią na nie. Andrzej do swojej pracy wyjechał trochę przede mną. Chmurzyło się. Miasto było zakorkowane. Ale to nic szczególnego w Londynie. Andrzej lubił, gdy jeździł do pracy, siedzieć z przodu na górnym piętrze autobusu. Mówił, że z tej perspektywy dobrze widać miasto. Naprawdę to lubił. Okazało się, że wyjątkowy, nawet jak na londyńskie warunki traffic jam [uliczny korek], tamtego dnia spowodowany był przez wypadek. Widziałam z daleka roztrzaskany double-dacker bus i jakiś samochód osobowy. Gdy mijaliśmy go, z okna mojego autobusu zauważyłam, że górna szyba jest wybita, a wśród potrzaskanych szkieł leży czarny parasol. Tego ranka wcisnęłam Andrzejowi podobny. Nie chciał brać, ale nalegałam. Pogoda była przecież niepewna. Jak przejeżdżałam obok kraksy, pomyślałam: „O, parasol, taki jak Andrzeja” – ale takich parasoli są przecież tysiące.

Zdjęcie z wypadku Andrzeja Karcza, źródło: http://www.standard.co.uk/news/wife-saw-tram-crash-thatkilled- her-husband-6822449.html

W tym wypadku, do którego doszło w 2008 roku w centrum Croydon w południowej części Londynu, miejski autobus zderzył się z nadjeżdżającym z naprzeciwka tramwajem. Odbił się i wjechał w witryny sklepowe, zatrzymał się dopiero na srebrnym bmw. W wyniku silnego zderzenia z górnego pokładu piętrusa wypadł człowiek. Zginął na miejscu. Sześć osób trafiło do szpitala. Kierowca autobusu – który według późniejszych ustaleń policji zbyt brawurowo prowadził pojazd – zbiegł z miejsca wypadku. Apelowali do niego na łamach prasy i telewizji, aby oddał się w ręce policji, zanim skrzywdzi kolejnych ludzi i przyniesie sobie oraz całej swoje rodzinie jeszcze więcej wstydu. Brytyjska policja odnalazła go we Francji. Skonfiskowali mu francuski paszport podczas procesu, ale jako posiadacz brytyjskiego dowodu osobistego wciąż mógł swobodnie poruszać się po Unii Europejskiej. Kierowca double-dacker bus był pochodzącym z Tunezji muslimem. Swoją ucieczkę tłumaczył tym, że widząc zmasakrowane ciało ofiary, wystraszył się. Pomyślał, że gdy ludzie dowiedzą się, że jest muzułmaninem, zostanie potraktowany jak zamachowiec-terrorysta i za to osądzony. Uciekł, bo bał się ponieść odpowiedzialność za coś, czego nie zrobił. To był nieszczęśliwy wypadek – za który przeprasza rodzinę ofiary. Został skazany na 4 lata. Edyta kontynuuje swoją opowieść, wracając do czasu, gdy do Wielkiej Brytanii przyjechała pierwszy raz.
– Nie mogłam uwierzyć, że ten czarny parasol należał do Andrzeja. To była pierwsza myśl. Byłam w szoku, po prostu w szoku. Andrzej miał 28 lat. Jego ciało zidentyfikowali na podstawie karty bankomatowej. To było straszne. Do Polski z trumną Andrzeja wróciłam po kilku tygodniach. Tyle trwały formalności związane z przewiezieniem go do domu. Próbowałam przez te wszystkie lata ułożyć sobie życie, ale nie wychodziło. W Polsce nie umiałam znaleźć sobie miejsca.

Aleja z kłódkami zakochanych, Liverpool 2015, fot. J. Solecki

Do Wolverhampton ściągnęli mnie we wrześniu 2014 roku znajomi. Paweł był przyjacielem Andrzeja. Obydwoje z żoną przygarnęli mnie i pomogli znaleźć pracę w fabryce, w której teraz pracuję. Tutaj, w Black Country, był już mój brat ze swoją narzeczoną. Przyjechali nazbierać pieniędzy na wesele. Planują piękny ślub w Polsce. A Michała poznałam przez ludzi z pracy. Na początku byłam bardzo niepewna i ostrożna. Tak, ostrożna – to chyba będzie dobre słowo. Otwierałam się na niego powoli. Zresztą nie lubię dużo o tym mówić, mieszkamy razem – to mówi za siebie. Kocham. O powrocie nie myślę.
Eda uśmiecha się zalotnie, kończąc rozmowę. Jej aparat ortodontyczny odbija drobinki rozproszonego światła.

Wszyscy jesteśmy odpadami

– Chcesz wiedzieć, od czego my uciekamy? – pyta zaczepnie Magda. – Powiem ci. Od jego „dziar” na twarzy i przeszłości. Ok. Siedział. Ale teraz jestem ja i mamy dziecko. Chcieliśmy żyć normalnie. Ale się w Polsce nie da. Nikt mu, z taką twarzą, nie chciał dać pracy. Co mieliśmy zrobić?
Magda ma kasztanoworude włosy do ramion i piegi, które migoczą na jej 27-letniej twarzy, wyłuskując resztki przygaszonego słońca. Czarne jak węgiel oczy zapalają się łapczywie od iskier zamglonego światła. Nie wygląda na swój wiek. Wydaje się młodsza o dobrych parę lat. W Polsce pracowała jako ekspedientka w „Tesco”, potem przy kredytach w „Providencie”, ale sama nie dawała rady utrzymać rodziny. Zadłużali się tylko coraz bardziej.
– Nie powiem, ludzie podpytują o niego – kontynuuje Magda o figurze porcelanowej lalki. Dwa razy w tygodniu dojeżdża do pracy na obrzeża Sandwell – miasteczka, wchodzącego w skład terytorium Back Country. Sprząta tam miejskie toalety.
– „Za co siedział?” – zapytałam kiedyś, na samym początku. Odpowiedział krótko: „Za kolegów”. Nigdy więcej do tego nie wracaliśmy. Zapytałam też, co znaczy ten napis na piersi: „Homo” [człowiek], o inne nie pytałam. Wiem, jak na nas patrzą. Nawet moja mama, gdy jej o nas powiedziałam, zapytała mnie: „Madzia, ale czy ty jesteś pewna? Czy jesteś pewna na sto procent? Zastanów się. To nie są żarty. To twoje życie”. W sumie po miesiącu, od czasu jak się poznaliśmy, zamieszkaliśmy już razem. Wiedziałam, że jestem jego szansą.

Rodzina na dorobku, Sandwell 2015, fot. J. Solecki

Piotr – 40-letni, mocno zbudowany, o krępej posturze – milczy. Uważnie słucha, ale wzroku nie podnosi. W kącikach skroni tuż przy oczach atramentowe „przedłużki” – tatuaże w kształcie matematycznych znaków większości, a na dole, pod lewym okiem – łezki. Nawet nie drgną, gdy Magda o nim opowiada. Piotr siedzi w wygodnym fotelu. Jest bez koszulki, widać każdy rysunek na jego grubej skórze: wydrapane napisy, gwiazdy, belki, nieskładne cyfry – dla osób niewtajemniczonych niewiele znaczące. Niosą jedynie komunikat o penitencjarnej przeszłości tego mężczyzny i ostrzegają, że jest zdolny do wielu rzeczy, na które nie zdobyłby się przeciętny śmiertelnik.
– Siedział 13 lat.
– 12. Zawsze mi dodajesz – poprawia żonę Piotr. Dla niego, który zna więzienia od podszewki, każdy rok znaczy więcej niż dla niej. Pięcioletnia Gabi w bladoróżowej sukience w różyczki gramoli się na jego kolana.
– Tatuś, a dasz dziubka? – pyta słodko. Jest spokojna, ułożona. Nie grymasi, lubi się przytulać. Piotr trochę martwi się o nią. Dziewczynka wącha niemal wszystko, co wpadnie jej do rąk, nawet swoje własne stopy.
– Gabi, co tam masz? – pyta stanowczo, ale łagodnie.
– Pokaż. Blondyneczka posłusznie uchyla dłoń, w której ściskała szary kamyk. Wącha go i unosi niewinnie oczy, patrzy na ojca.
– Oddaj to proszę – mówi zakłopotany Piotr – przecież wiesz, że tak nie wolno. Przytula ją, całuje i prosi, żeby poszła pooglądać bajki.
– Byłem głupi. Mam tylko podstawówkę – wyznaje. Nie spuszcza więcej oczu, jakby świdrującym spojrzeniem próbował ustalić swoją pozycję w otaczającym go aktualnie świecie. Jest czujny, w pełnej gotowości jak lew. Ale nie szuka zwierzyny, raczej sprawdza, czy wytrzymasz napór jego wzroku określający wasz wzajemny status.
– Wykształcenie nie jest ważne – szybko koryguje go Magda. – Ważne, żeby być dobrym człowiekiem.
– Nie, ale nie o to chodzi, nie rozumiesz. Wykształcenie jest ważne. Wtedy widzisz więcej i możesz więcej. Chcę, żeby Gabi je miała. Ale wolałbym, żeby w Polsce, nie tu. Tu wszyscy Polacy, emigranci znaczy, są odpadami z naszego kraju.
– To nie my jesteśmy odpadami, tylko nasze państwo jest niewydolne – kontruje rudowłosa. Po jej słowach Piotr marszczy czoło zamyślony, trochę jakby w zdziwieniu. Ale zaraz idzie za ciosem:
– No ale tutaj też to, że ludzie mają tatuaże jest normalne. Tutaj wszyscy je mają. Na „indukcję” [przyjęcie
do pracy] w fabryce, czekałem trzy tygodnie. Nikt o nic nie pytał, dla nich ważne są ręce do roboty. Tu, gdzie pracuję, widziałem, że nawet stare babki mają jakieś „dziary”. Ja swoje zrobiłem, jak byłem młody, jeszcze w poprawczaku, kiedy wydawało mi się, że więzienie to dla mnie jedyna opcja. Wychowywała mnie matka z babcią, ojca nie miałem. Próbowałem jeszcze „we więźniu” usunąć ten z czoła kwaskiem cytrynowym –wskazuje na tatuaż wyglądający na serię tajemniczych, nieco już rozmazanych cyfr – nie poszło. Usunąłbym resztę, te z twarzy, ale nie stać mnie. Piotr zapala papierosa, wzrokiem wybiega gdzieś przed siebie, w niewidzialną dla innych przestrzeń.
– Teraz muszę coś zrobić, żeby Gabi nie odziedziczyła moich długów. Chcę, żeby miała szanse żyć spokojnie – milknie na chwilę. – Myślę, żeby ogłosić bankructwo, czy tam upadłość. Słyszałem, że jak tu to zrobię, to będzie działało też w Polsce. Inaczej nigdy nie wystartuję. Komornik w Polsce zabrał mu za długi mieszkanie odziedziczone po babci. Ale to nie pokryło wszystkich zobowiązań, zostało mu jeszcze do spłacenia ponad 100 tys. zł.
– Wiesz, w Polsce nie ma resocjalizacji. Młodzi studiują te różne tam takie, podobnie brzmiące. Ale nic nie robią. Nikt nic nie robi. Gdy wychodzisz na wolność to się okazuje, że jedyne wsparcie jakie masz,
to od kolegów, takich jak ty, „z więźnia”, i kółeczko się zamyka – Piotr wykrzywia usta, jego głos nabiera tonu jak z dowcipów o „żabie szerokoustnej”. Jest melodyjny, rubaszny, trochę karczmiany.
– A człowiek musi pracować. A jak nie, to stanie się szybciusieńko multikryminalistą – dodaje śpiewnie,
ale jego tembr jest gorzki.
– Mnie w Polsce zabrali prawo jazdy za jazdę na rowerze „pod wpływem”. Tak straciłem pracę kierowcy i potem to już z górki… – dodaje siedzący obok Zbyszek, kolega Piotra z fabryki. To on ściągnął Piotra pierwszy raz do Anglii osiem lat temu. Ale Piotr potem wrócił do kraju, jak sam mówi „na dłuższe wakacje”. Z Magdą i Gabi mieszkają w Sandwell od
dwóch lat.

Ulica w Sandwell, fot. Lubic Klos z kolekcji PhotoLub 2015

– A mój młodszy brat (bo bieda była, rodzice alkoholicy) – kontynuuje Zbyszek – wypalał muzykę na CD-ikach, no i złapali go. Dostał dwa lata w zawieszeniu. Potem wdał się w jakąś głupią bójkę na dyskotece i odwiesili mu wyrok. Teraz siedzi i też będzie kryminał, i ja się pytam za co? Czy rzeczywiście ta kara była dobra? Jak potem, po wyjściu „z więźnia”, po takim czasie wrócić do normalnego życia? Tutaj alkoholizm to choroba i się ją leczy, marihuanę też można mieć na własny użytek. Jak się zgłosisz na policję i lekarz uzna, że masz z tym problem, to jesteś w kartotece, ale się ciebie nie czepiają. Handlować tylko nie możesz. Bo tutaj jesteś człowiekiem i możesz mieć problemy, możesz być słaby. Piotr i Zbyszek sami siebie nazywają „odpadami” z Polski, jednak dopiero tu, w Wielkiej Brytanii, poczuli się prawdziwym ludźmi. Mogą pracować, zakładać rodziny, są potrzebni społeczeństwu, częścią którego stali się stosunkowo niedawno. Bez osądzania. Bez wykluczenia. Żyją.

Artykuł ukazał się w “Kwartalniku Kulturalnym”, oryginał możesz zobaczyć w Repozytorium lub poniżej.